niedziela, 29 listopada 2015

Przyjaciółka,męczennica,Ideał czy ropucha?

              Kto z nas nie zna dowcipów i głupawych piosenek o teściowej. Jak jest naprawdę? Ile ludzi tyle opinii ja sklasyfikowałam matki naszych mężów/partnerów do 4 rodzai.


1. Przyjaciółka/druga mama.


Taka fajna kobietka, z którą czasem się pokłócisz, ale właściwie to jest spoko babka, bo się nie wtrąca, choć potrafi mieć swoje zdanie. Wnuki ubóstwia, w niedziele na obiad zaprosi, dziećmi się zajmie, jak do kina we dwoje chcecie wyjść. Ta lepsza to i twoją stronę będzie trzymać w razie kłótni z lubym :)

2. Święta babcia, męczennica.


Pomaga wciąż niewdzięcznej synowej, przy tych niegrzecznych wnukach. Wszystko chce robić sama, ale narzeka przy tym niemiłosiernie. Obowiązkowo wynajduje u siebie wszystkie poważne choroby, jakby wyczytała je z encyklopedii. Na święta przyjechać nie chcę, zaprasza was do siebie, pomocy odmawia, a później całą kolację wigilijną skarży się, że wszystko musiała robić sama. Wciąż powtarza, że całe życie dzieciom i wnukom poświęca i nic w zamian. Jeśli zadzwonisz po opiekunkę, zamiast podrzucić jej dzieci, na pewno wypomni ci, że nie masz do niej zaufania. Powiesz, że ma odpocząć, obrazi się, bo uważasz ja za stara.

3. Idealna.


Wprost mówi ci, co robisz źle. A co? Wszystko! Ubierasz się nie tak, dziecko wychowujesz źle, gotujesz źle, kiepsko sprzątasz, masz nieładną fryzurę i nie najlepszy gust. Z chęcią wypomni ci to, że nie pracujesz (lub pracujesz za dużo) zagląda Ci w portfel, a wpadając w odwiedziny, przy okazji robi test białej rękawiczki". Matka idealnych dzieci/dziecka Jej córki takie piękne i zaradne a syn ideał. Przy każdej okazji opowiada, jak to sobie świetnie radziła z dziećmi, pracą i utrzymaniem domu w idealnym porządku przez 24/7. Wciąż cię krytykuje, w gorszych przypadkach też twoje dzieci i poddaje wątpliwości ojcostwo swojego syna.

4. Ropucha.


Jest zabójczo miła, złego słowa na ciebie w życiu nie powie, broni cię zawsze, ale zdarza ci się usłyszeć lub dowiedzieć, że za placami gada, jaka to okrutna synowa jej się przytrafiła. W dobrej wierze daje mnóstwo „cennych rad”, z których koniecznie musisz skorzystać. Chętnie pomoże ci ugotować lub zaprosi synusia na obiad, bo ty go głodzisz, lub kiepsko gotujesz (oczywiście wprost tego nie powie) Przy ewentualnej kłótni twojej i męża...po cichu przypomni twojemu lubemu, że Ona zawsze mówiła, że ty na żonę i matkę to się nie nadajesz.

 Dobra teściowa to nie legenda a zła to nie tylko stereotyp...bez względu na to, jaka jest, pamiętaj, najlepsza jest teściowa na 102, 100metrów od domu,2 pod ziemią.

piątek, 20 listopada 2015

Tak trudno zrozumieć rodaka.

Wyjechałam z kraju, mając niecałe 19 lat, spakowałam ubrania w karton, wysłałam paczkę i wsiadłam razem z S. do samochodu jego siostry, by zacząć nowe życie. Życie na emigracji. Nie zastanawialiśmy się jak będzie, czy wrócimy do Polski... chcieliśmy po prostu żyć. Początki były ciężkie, zostawiłam w Polsce, rodziców, rodzeństwo, ukochaną babcię i najlepszą przyjaciółkę.


Wszystko poszło bardzo szybko, po dwóch tygodniach zaczęłam prace, S. kilka dni.
Po kolejnych 2 dowiedzieliśmy się, że jestem w ciąży. To był szok, mimo że oboje chcieliśmy dziecka. Po 4 miesiącach wynajęliśmy własne mieszkanie. Tęskniłam za Polską, za rodziną, przyjaciółmi, za znajomymi miejscami... zapachem babcinego obiadu, ale mimo wszystko pokochałam ten kraj. Pokochałam pasące się barany, plaże pełne kamieni i klifów... Spodobały mi się carbooty pełne używanych i nowych rzeczy za grosze, uśmiechy ludzi i „Good morning

Powiedziane nieznajomemu. Naiwnie myślałam, że nikt nie zrozumie mojego zachwytu tym krajem, a właściwie „lepszym” życiem w nim niż rodacy, którzy wyjechali tu jak ja. Niestety... nic bardziej mylnego. Im częściej rozmawiałam z Polakami mieszkającymi w UK, tym więcej „nowinek” dowiadywałam się o tym kraju...

Lekarze tacy źli, pogoda do dupy, praca straszna, Anglicy rasiści, Halloween okultystyczne, celebrowanie Bożego Narodzenia zbyt wcześnie... Usłyszałam, że jak rodzić to tylko w Polsce, że SS za nic Polakom dzieci zabiera i jeszcze wiele innych. Nikt nie mówił o tym, że praca za najniższą krajową pozwala żyć na godnym poziomie, że państwo pomaga i nie trzeba wracać od razu po macierzyńskim do pracy. Ludzie nie wspominali o tym, że za leki dla dzieci płacić nie trzeba...że przedszkola są małe, kameralne i przytulne. O wesołych i pomocnych Anglikach. Zwyczajnie ludzie jakby zapomnieli ,o ile łatwiej się tu żyje... Nie trzeba liczyć każdego grosza i bać się, że zabraknie pieniędzy w połowie miesiąca. I sama się sobie dziwie, że nigdy nie zadałam im pytania Dlaczego nie wrócisz, skoro tu jest tak źle?" Teraz sama znam odpowiedź... Polacy mieszkający w Anglii zapomnieli, jak żyje się w Polsce, zapomnieli, że zarobią 1800zł, a 800zł zapłacą za wynajem mieszkania. Reszta musi starczyć na prąd, gaz, wodę, jedzenie i ubrania. Zapomnieli, jak to jest kolejny raz odmówić dziecku lizaka za 30gr bojąc się, że nie starczy na chleb. Zapomnieli, jak ponurzy są tam ludzie i o lekarzach faszerujących dzieci antybiotykiem na byle kaszel. Pamiętają tylko wakacyjne słońce, dobrą kuchnię i rodzinne święta. "Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma"


A ja mam nadzieje, że przypomną sobie, że więcej czasu spędzali w pracy niż w domu, że do emerytury trzeba dorobić, bo nawet na leki nie starczy i docenią wreszcie możliwości, jakie dała in emigracja.



Choć całym sercem rozumiem tęsknotę za ojczyzną, o której możeczie poczytać w poście "Gdy serce chcę wracać...", za krajem dzieciństwa, za upalnym latem, rodziną, przyjaciółmi i swojskim jedzeniem to nie mogę zrozumieć, dlaczego zapomnieli, że na to wszystko nie mieli czasu, pieniędzy i nastroju... a najgorsze jest to, że dopóki nie docenią i pokochają życia tu, to nigdy szczęśliwi nie będą.


poniedziałek, 16 listopada 2015

Nie chce taka być...


Jeszcze całkiem niedawno, gdy Dennis był słodkim berbeciem, ja sumiennie dążyłam, żeby być doskonałą. Wydawało mi się, że ten wyidealizowany obraz matki, żony, kucharki, sprzątaczki i kochanki w jednym jest prawdziwy i dobry.


Wydawało mi się, że przy jednym dziecku bezproblemowo powinnam godzić obowiązki domowe i wychowanie syna. Rzecz jasna udawało się to nie najlepiej, w efekcie byłam zła, sfrustrowana a ostatnie, na co miałam ochotę to zabawa z dzieckiem. W nocy, zamiast cieszyć się czasem z ukochanym, wypłakiwałam oczy w poduszkę, myśląc, że kiepska ze mnie matka i kobieta. Dennis rósł, a mnie dobijały pytania.

”Dlaczego on taki głośny, powinien już być grzeczny

„Jak to nie miałaś czasu posprzątać, bo mały płakał?”

„Założyłabyś coś normalnego i zrobiła makijaż”

No i słynne: „Czym ty jesteś zmęczona".

Całe szczęście nie słyszałam tego od mojego partnera. On wspierał mnie zawsze i nie raz zadowalał się kebabem czy pierogami z paczki zamiast domowego obiadu. To chyba on uświadomił mi, że wcale nie chce być idealną matką"... bo nie chce... Nie tylko dlatego, że to niewykonalne, ale tez ze względu na syna. Nie chce, by Dennis chodził "Jak w zegarku"...nie chce, żeby pamiętał swoje dzieciństwo jak lata u boku sfrustrowanej wariatki, która sprząta, gotuje, upomina i nigdy się nie uśmiecha. Chce „przymknąć oko” na 5 minut, gdy on skacze po łóżku, wiedząc, że nie wolno. Chce nie zauważyć zabranego ze stołu ciastka tuż przed obiadem. Chce biegać w legginsach po parku, bawiąc się z nim w berka. Robić ludziki z kasztanów i babki z piasku.

Dzieci widza naszą frustrację, ona odbija się na nich, ale nie tylko. Widać ją w codzienności, czujesz ją ty, twoje dziecko i partner. Dążenie do ideału dobiera ci chęć do życia? Odpuść! Nikt nie jest doskonały. Zamień perfekcje na szczęście!
                                

wtorek, 27 października 2015

On kiedyś dorośnie.

                Czas. Dziwne zjawisko. Kiedy na coś czekamy, minuty ciągną się jak godziny, ale w miłej atmosferze godziny pędzą jak minuty.

Od pewnego czasu mierze dni trochę inną miarą...od narodzin Dennisa jest to miara postępów. Pierwszy uśmiech, ząbek, krok, słowo mama"... Pierwszy buziak, pierwsze słowa „kocham Cię”, przedszkole...ale też samodzielności. Koniec butelek, smoczka, pieluch. Samodzielnie włożone buty. Pierwsze „Ja sam” i odsuń się". Cholerna duma mnie przepełnia, gdy znów słyszę „Jaki on już dorosły”, a jednak czasem chciałabym, by zawsze był moim małym chłopcem. Wiem, że nie zatrzymam go przy sobie na zawsze, a jednak czasem bardzo bym chciała.

Może Rodzic to rzeczywiście inny gatunek człowieka? Tak bardzo chcemy, by nasze dzieci były samodzielne i poradziły sobie w dorosłym życiu, a jednak nie do końca dopuszczamy do siebie myśl, że kiedyś naprawdę dorosną.

Jasne nie przestaną nas kochać, czasem będą nas potrzebować, ale nie zostaną na zawsze słodkimi bobasami czy rezolutnymi kilkulatkami. Skończą szkoły, poznają partnerów, wezmą ślub, będą mieć dzieci i wszystko się zmieni...

Widzę, jak z dnia na dzień mój mały synek rośnie i mówienie do niego "bubu" jakoś przestaje być na miejscu. Wciąż mnie zaskakuje swoją wiedzą o świecie. Rzeczy oczywiste dla mnie często są też oczywiste dla niego, mimo że nie przypominam sobie, bym mu tłumaczyła, że ptaki składają jaja, a z nich wykluwają się pisklaki, albo że św. Mikołaj wchodzi przez komin, a my powinniśmy zostawić mu mleko i ciasteczka. To takie zwyczajnie proste rzeczy, z których jestem dumna, a jednocześnie wprawiają moje ciało w drżenie. On rośnie, cały czas. Każdego dnia jest bardziej samodzielny niż wczoraj. Dziś przedszkolak, jutro uczeń a za tydzień student...mam wrażenie, że któregoś dnia obudzę się, wejdę do jego pokoju a tam zamiast dziecięcych tapet i regału wypełnionego niezliczoną ilością pociągów zastane pokój gościnny lub jakąś pracownie. On zadzwoni, że wpadnie w niedziele na obiad z zoną i dziećmi. Będzie dorosły, a ja będę zastanawiać się, gdzie podział się mój mały synek, który tak niedawno stawiał pierwsze kroki, a skaleczony palec leczył maminym całusem.




czwartek, 22 października 2015

Matka nieogarnięta ogarnia!

Zawsze byłam „lekko” niepoukładana w każdym tego słowa znaczeniu. Często mówię i pisze chaotycznie, bo niestety tak myślę. Wydaje mi się, że cały mój świat to spora porcja bałaganu i chaosu. Niestety mój artystyczny nieład" (tak ładnie nazwała to kiedyś moja ukochana ciocia, siostra mojej babci) przekłada się również na zwykłe, codzienne życie.

Gdy jeszcze chodziłam do szkoły i mieszkałam z rodzicami (swoją drogą było to całkiem niedawno) moje roztrzepanie i bałaganiarstwo przeszkadzało dosłownie wszystkim, wszystkim oprócz mnie, rzecz jasna. W pokoju wiecznie walały się niepoukładane ubrania, kubki po herbacie, stosy książek i miliony kosmetyków. Oczywiście sprzątałam, a przynajmniej się starałam. Później znów robiłam bałagan, bo nic nie mogłam znaleźć. Nauczyciele w gimnazjum i szkole zawodowej płakali nad moimi zeszytami, w których brakowało połowy notatek.

Notatki gdzieś były....gdzieś, zapisane na kartkach, bo zeszyt został w domu. Wciąż coś gubiłam, zapominałam, przynieś potrzebne rzeczy czy czegoś nie robiłam, ale nie przeszkadzało mi to.

Oczywiście nie przeszkadzało do czasu, a mianowicie do momentu, gdy urodził się Dennis. I nagle zaczęło mnie wkurzać, że nie mogę znaleźć nawilżonych chusteczek, które przed chwilą trzymałam w ręku. Wstyd mi było, gdy ktoś wpadał bez zapowiedzi, a dom był nieogarnięty, mimo że miałam na to sporo czasu. Nie wiedziałam jak zaplanować dzień, by posprzątać, zrobić obiad, ogarnąć małego i wyjść z nim na spacer. Nawet gdy jakimś cudem udało się, zrobić wszystko do czasu powrotu S. z rannej zmiany, to po kilku godzinach znów dom wyglądał jakby przeszło tornado. Nie wiem,nie potrafię tego wytłumaczyć.

Dziś Dennis ma ponad 3 lata (czyt.potrafi się sobą zająć) a mi nadal wiele brakuje do perfekcyjnej pani domu. Tak jest lepiej, obiad częściej ugotuje (choć tego nienawidzę), podłogi są czyste, pranie zrobione a łóżka pościelone. Niestety skłamałabym, mówiąc, że w domu jest, obiad, ciasto i porządek w jednym momencie. Nadal mam nieposkładane ubrania, choć teraz zazwyczaj są w jednym miejscu. Dokumenty są w teczce, no prawie wszystkie... Obiad jakiś jest (dziękuję sklepom za pierogi mrożone i „pomysł na”) Mały po sobie sprząta, oczywiście czasem muszę go o to prosić 10-20 razy, ale na pierwszy rzut oka wszystko wygląda nieźle i nawet byłabym z siebie dumna, gdyby....no właśnie... Gdyby nie to, że są osoby, które wciąż myślą, że skoro nie pracuje, to dom musi być czysty jak muzeum, mały idealnie grzeczny a ja piękna i uśmiechnięta jak mamy z reklam w tv.
Źródło:Internet

piątek, 16 października 2015

10 rzeczy,które zrobiły ze mnie złą matkę!

ZANIM PRZECZYTASZ TEN POST, SCHOWAJ HEJTY DO KIESZENI I WŁĄCZ SWOJE POCZUCIE HUMORU.


Im więcej udzielam się na forach i grupach dla rodziców, tym częściej dowiaduje się, co robię źle i dlaczego jestem okropną mamą. Oto kilka rzeczy, które koniecznie musisz zrobić, by zasłużyć na to „cudowne” miano.

1. Zagraniczne imię


Ooooo tak, nadanie dziecku zagranicznego, lub obco brzmiącego imienia to zło wcielone i patologia.

Nie ważne czy mieszkasz w Polsce, czy nie, to nic... nawet jeśli twój mąż/partner nie jest polakiem...

Dałaś córce na imię Jessica, Nicola czy Vanessa? Jesteś patologia! Twój syn ma na imię Brian, Dylan lub Colin? Na pewno dałaś mu takie imię, żeby czuł się wyjątkowy, bo nic innego zapewnić mu nie możesz. Przecież ludzie na poziomie dają „normalne”, polskie, klasyczne imiona.... Ziemowit i Genowefa tak pięknie brzmi, a z twojego dziecka będzie śmiało się pół szkoły.

2. Cukier, sok i krowie mleko


Nie jesteś eko? Nie nadajesz się na matkę! Pozwalasz dwulatkowi na słodycze, roczniakowi podajesz do picia krowie mleko na zmianę z Kubusiem? Niszczysz swoje dziecko! Zabijasz je! Wszystko, czego używasz, a nadaje potrawą normalny smak (nawet odrobina soli) robi z ciebie nieodpowiedzialnego rodzica. Nie chcesz linczu? Hoduj warzywa i zioła na ogrodzie z dala od miasta i ulicy, wyrzuć sól i cukier a do picia podaj wodę.


3. Żłobek, przedszkole, opiekunka.


Wracasz do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim? Twoje dziecko nie ma cudownej (lub ma pracującą) babci, która się nim zajmie, kiedy ty jesteś w pracy, więc oddajesz dziecko do żłobka. Jesteś bez serca! Jak możesz realizować się w pracy, zostawiając malucha na pastwę pań w żłobku i innych dzieci! Uraz psychiczny gwarantowany. Ok, olewasz żłobek. Znajdujesz super miłą nianię. Jesteś nieodpowiedzialna, dla swojego widzi - misia zostawiasz dziecko z obcą kobietą...a co jeśli je porwie, pobije (to nic, że opiekunka jest sprawdzona) albo nie daj boże, dziecko ją pokocha! Wtedy koniec...gdybyś była „lepszą” mamą dziecko by za tobą tęskniło. Posiedziałaś w domu dłużej i dajesz dwulatka do przedszkola? Bobasa takiego, dzidziusia małego... "rzucasz” do tej dżungli!

4. Przeżute jedzenie i strawione mleko.


Obrzydza Cię obślinione przez twoje dziecko ciastko? Odrzuca Cię od wymiocin twojego nowo narodzonego maluszka, a może od tych słodkich kupek? W takim razie albo go nie urodziłaś, albo nie masz za grosz instynktu.

5. Halloween.


(Bardziej dotyczy mam, które tak jak ja nie mieszkają w Polsce)

Obchodzisz Halloween, stroisz dom, przebierasz dziecko za słodkiego wampirka i zbieracie cukierki. Jak możesz obchodzić to pogańskie (nawet jeśli nie jesteś katoliczką) okultystyczne,satanistyczne święto! Taką zabawą ściągasz na siebie i swoje dziecko „złe moce” i nawet osikana pielucha i przełamanie (chyba tak się to nazywa?) dziecka nie pomogą!

6. Masz dosyć.


Masz dosyć swojego dziecka? Chcesz je wysłać na marsa, chociaż na jeden dzień? Kolejny dowód na to, że jesteś okropnym rodzicem. Jak możesz mieć dosyć takiego słodkiego aniołka? No nic, że od dwóch lat nie przespałaś nocy, bo najpierw kolki, później zęby a teraz bunt i bóle wzrostowe? Powinnaś nosić dziecko na rękach całe noce z uśmiechem na twarzy...przecież to twój cud.

7. Masz pasje.


Jeśli dzieci nie są twoim jedynym tematem rozmów i masz swoje hobby, któremu oddajesz się w wolnych chwilach to no cóż...albo masz za dużo czasu, albo zaniedbujesz dzieci... W wolnych chwilach to powinnaś prasować lub z pasją układać klocki z maluchem.

8. Dobrze wyglądasz.


Co tu dużo mówić...makijaż pewnie zrobiłaś, zamiast dać dziecku śniadanie. Pojechałaś na zakupy i kupiłaś sobie buty? No jak to sobie? A dziecku to co? Na pewno potrzebuje 5 par słodkich kapcioszków. Ćwiczysz? Jak ty możesz przecież twoja obwisła skóra, rozstępy i +10kg to piękny dowód na to, że jesteś mamą!

9. Facebook, Istagram, Blog.


Krótko. Zamieszczasz zdjęcia dziecka? Piszesz o nim? Prowadzisz bloga o waszym życiu? To czyste zło! Narażasz je na pedofilie i porwania!

10.Wychodzisz.

Rzecz jasna, póki to plac zabaw,masaż (niemowląt oczywiście) lub zakup to nie ma sprawy, ale jeżeli zostawiasz dziecko z tatusiem i idziesz sama na kawę,drinka (o bosz! Jak możesz pić), a nawet spacer to jesteś wyrodną matką.







wtorek, 13 października 2015

Zaszczep w dziecku pewność siebie.

ZANIM PRZECZYTASZ TEN POST WIEDZ, ŻE NIE JESTEM PSYCHOLOGIEM, PEDAGOGIEM CZY INNĄ OSOBĄ UPOWAŻNIONĄ, BY DORADZAĆ W SPRAWIE WYCHOWANIA DZIECI. POST JEST MOIM SUBIEKTYWNYM SPOJRZENIEM NA TEMAT.

Jak wiele nam trzeba, by życie toczyło się tak, jak sobie zaplanowaliśmy? Ile wyrzeczeń nas czeka w Drodze do spełnienia marzeń? Jak wiele musimy zostawić za sobą ludzi, miejsc i sytuacji, by osiągnąć sukces?

Nie wiem. Zwyczajnie nie znam odpowiedzi na to pytanie, właściwie wydaje mi się, że jej nie ma. Przecież każdy z nas ma inne marzenia, plany. Dla każdego sukces oznacza co innego. Sukcesem może być zarówno znalezienie pracy po studiach, jak i zajście w upragnioną ciążę. Jeden marzy o własnej, dobrze prosperującej firmie, gdy ktoś inny pragnie mieć wierną żonę i Gromadkę dzieci.

Jedno jest pewne bez pewności siebie i wiary w swoje możliwości będzie ciężko. Skąd to wiem? Hmmm większość swojego życia nie wierzyłam...nie wierzyłam w nic. Nie miałam marzeń, planów, celów. Żyłam z dnia na dzień, nie widząc sensu, by do czegoś dążyć. W pewnym momencie moja pewność siebie była tak krucha, że bałam się odpowiadać na lekcji, bo zawsze wydawało mi się, że powiem coś źle. Wzywana do tablicy trzęsłam się jak osika, bo miałam wrażenie, że wszyscy się ze mnie śmieją. Nie potrafiłam się za klimatyzować wśród rówieśników. Nauka szła mi kiepsko, sport też nie najlepiej...w większości przypadków z mojej winy, ponieważ dużo wagarowałam. STOP nie o mnie miał być ten post, więc przejdźmy do sedna sprawy.

Skąd się bierze pewność siebie? Z moich obserwacji wynika, że opcji jest kilka:

WRODZONA, czyli zawarta w charakterze, o tak to możliwe! Zwyczajnie istnieją dzieci, które od małego są odważne i pewne siebie. Takie dzieciaczki, zazwyczaj zaczepiają ludzi i zagadują. Bez problemu pozują do zdjęć czy występują w szkolnych przedstawieniach. Niestety tę cechę bardzo łatwo zniszczyć, stłamsić lub zaburzyć, gdy dziecko jest małe. Najczęściej robią to rodzice. Jak? To bardzo proste, wciąż powtarzając: „Nie wchodź, sam sobie nie dasz rady”. „Mamusia Ci pomoże” „wstydź się! Nie wolno zagadywać ludzi” „Wcale nie jesteś taka ładna/mądra/zdolna jak Ci się wydaje"... A więc ile razy wypowiedziałeś takie zdanie/a? Zastanów się, czy było to słuszne?

WYCHOWANA, czyli taka pewność siebie, za którą można dziękować rodzicom, czasem dziadkom, rodzeństwu. Pojawia się, wtedy gdy niezbyt śmiałe, odważne dziecko jest „popychane”, namawiane by uwierzyło w siebie. Wbrew pozorom nie jest tak trudno tego dokonać. Wystarczą chęci i czas. Chcesz? Pomogę Ci! Gdy twoje dziecko po raz kolejny poprosi, byś robił coś za nie, lub pomógł mu, tłumacząc, że nie da rady, zwyczajnie zapytaj „Próbowałaś/eś zrobić to sam/a?". W odpowiedzi pewnie usłyszysz „Nie”,"Nie dam rady”,"Boje się”, warto wtedy zachęcić dziecko do próby, ale NIE ZMUSZAĆ! Nie jest to proces jednodniowy, tygodniowy czy nawet kilkumiesięczny. By zaszczepić w dziecku pewność siebie czasem trzeba lat, ale może warto? Choćby po to by nie bało się sięgnąć po swoje marzenia?

NABYTA, to ta, która zazwyczaj przychodzi z dnia na dzień. Często, gdy masz naście lat lub w dorosłym życiu. Jak? Sposobów jest tysiąc. Gdy kolejny raz kolega z klasy podkłada ci nogę na przerwie, a ty pierwszy raz się przeciwstawiasz, bo masz dosyć...i nagle widzisz, że to działa. Gdy z pozoru kochający mąż wypomina ci kolejne kilogramy dzień po dniu, a twój najlepszy przyjaciel mówi, że do twarzy Ci w bardziej"apetycznym ciele, że twoje ukochane 50kg wcale nie było takie piękne. Aż pewnego ranka stajesz przed lustrem i zamiast fałdek tłuszczu widzisz pełne piersi i okrągłą pupę. Bam! I już wierzysz w siebie.

Którąkolwiek pewność siebie będzie miało twoje dziecko, będzie mu łatwiej. Zamiast mówić „Może spróbuje” powie Zrobię To!". Będzie śmiało iść naprzód, aż dotrze do celu. Będzie kochać siebie i życie spełniając marzenia.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Dziś mam dosyć!

                     Chciałam napisać o tym, jak cudownie jest być mamą, ile daje to szczęścia. Jak z każdym słowem małego D. rozpiera mnie duma, ale dziś jest inaczej, jest źle, a ja mam dosyć...

Tak mam dosyć własnego dziecka. Takie dni zdarzają się każdej z nas. I proszę, nie mówicie, że jest inaczej bo nie uwierzę. Zwyczajnie nie wierzę w obraz idealnej matki, zawsze uśmiechniętej i opanowanej, z idealnie grzecznymi dziećmi, perfekcyjnie czystym domem, smacznym dwudaniowym obiadem i ciepłym ciastem co niedziele. Dlaczego? Bo jesteśmy tylko ludźmi, nikt nie ma super mocy i kiedy zegar wybija 6; 00 a twoje zwykle uśmiechnięte dziecko budzi cię płaczem, marudzi przy śniadaniu, utrudnia wykonanie najzwyklejszych prac domowych, MOŻESZ MIEĆ DOSYĆ, to jest normalne. Marzysz o ciepłej kawie a tymczasem dopijasz zimną Inkę zrobioną ran, gotując obiad, a nogą wprawiając w Ruch dziecinny Bujaczek.? Do oczu napływają łzy? To normalne...potrzebujesz odpoczynku a później dużej dawki kofeiny, by przetrwać ten dzień.

Nie daj sobie wmówić, że tylko ty nie dajesz rady. Nie wierz w słowa teściowej, która opowiada, że pracując na pełen etat, wychowała troje dzieci, mając przy tym czysty dom i uśmiech na twarzy, Ona pewnie nie wszystko już pamięta. Nie wierz w obraz mam -celebrytek...one mają fryzjera, kosmetyczkę i pewnie ze dwie nianie.

Wierz w siebie, dasz rade dotrwać do wieczora, nawet jeśli dziecko na obiad zje danie ze słoiczka a ty i mąż pierogi z paczki. Nawet jeśli dom nie będzie idealnie czysty, a ty tego dnia będziesz chodzić w piżamie. To nic, nie musisz być perfekcyjna, nikt nie jest... Wiem, z każdej strony atakują nas obrazami idealnych, zadbanych i szczęśliwych mam, z czystymi domami i czasem dla siebie, ale to bzdura, którą kreują programy w tv, gazety, a nawet portale społecznościowe...tylko po co???







środa, 29 lipca 2015

"Nie zostanę matką/ojcem w 2015"

                             Powstają grupy i wydarzenia na portalach społecznościowych dla ludzi, którzy nie chcą mieć dzieci. Nie tylko nie w tym roku, najczęściej nie planują powiększania rodziny nigdy. Otwarcie mówią o tym że nie lubią dzieci, nazywają je "śmierdzącymi bachorami" a każdą matkę uważają za kobietę nic nie wartą, grubą, zaniedbaną i z niskim ilorazem inteligencji.

 Większość  rodziców jest oburzonych. Kobiety, które już zostały matkami czują się dotknięte i nie szanowane. Więc co robią? Ślepo dodają do takich grup/wydarzeń kolejne posty o tym, że można nie lubić matek i dzieci, ale trzeba szanować  drugiego człowiek. Niby prawidłowo co? Byłoby gdyby nie to za 90% "mamusiek" przypomina o szacunku przy okazji obrażając administratorów i członków grupy od niedorozwojów, dzieci wychowanych w patologi bez miłości itp.
A ja pytam, jak można mówić o szacunku i jednocześnie obrażać drugą osobę? Przy tym używając tak niecenzuralnych słów, że wstyd je przytaczać!


Drugą rzeczą jest to, że nie do końca dziwie się, że takie wydarzenia powstają skoro wszędzie kładzie się taki nacisk na rodzenie dzieci. Ostatnio nie wystarcza, że rodzice, rodzina i znajomi młodych małżeństw wciąż katują pary pytaniami "Kiedy dziecko?" , "To co jesteś już w ciąży?"
To jeszcze niedawno telewizja bombardowała nas "piękną" kampanią "Nie zdążyłam zostać mamą."
Mnie osobiście też wkurzają pytania o rodzeństwo dla Dennisa... no bo ile można słuchać w kółko tego samego?
Źródło:www.polishexpress.co.uk

No i kolejna sprawa. Matki same wyrobiły sobie opinie bezmózgich, mlecznych krów i piersiowych fanatyczek. Wiem, że nie wrzuca się wszystkich do jednego worka, ale to tak jak z opinią o Narodach. Wszystkie Niemki są brzydsze od krów, a Polacy chleją i kradną. Wiadomo, że tak nie jest, ale powinniśmy już się przyzwyczaić, że ludzie zwracają uwagę tylko na nasze błędy... a matki często same się wystawiają. Choćby pisząc post na taką grupę - czytasz i oczy bolą „ktury”,"muzg”,"ludzią". Kurcze wiem, każdy robi błędy... Ka na przykład mam cholerny problem z ortografią i robię błąd, w co drugim wyrazie, ale przed dodaniem postu tu na bloga, fan page, grupę dla rodziców czy gdzieś indziej staram się kontrolować, czy słowa są poprawnie napisane. Co gorsza, mamy potrafią pisać z błędem nawet imiona własnych dzieci.

Szal do karmienia Seraphine Madison

 Pewnie, że istnieją rodzicielki zadbane, ładne, inteligentne i przestrzegające powszechnie przyjętych norm społecznych. One nie biegają po centrum handlowym z cyckiem na wierzchu, bo ona karmi i ch*j. Zwyczajnie siadają na ławce, okrywają się pieluchą/chustą/bluzką i karmią. Przewijają dzieci w pokojach przeznaczonych do tego lub tak by nikomu nie przeszkadzał widok i zapach brudnej pieluchy. Zachowują się po prostu normalnie, przez co trudniej je zauważyć a co dopiero zapamiętać.

Za to matkę przewijającą dziecko na środku restauracji ciężko przeoczyć.


czwartek, 23 lipca 2015

Słodka chwila...w chwilę :)

Ile razy niespodziewanie naszła Cię ochota na domowe łakocie...na pyszne ciasto, placek lub babeczki? Masz dosyć sklepowych ciastek i batoników? Nie pieczesz ciast, bo brakuje Ci czasu...lub masz do tego antytalent? TE TRZY PRZEPISY SĄ DLA CIEBIE!

PUSZYSTE MUFINKI


Składniki:
2 szklanki mąki (pszennej)

3/4 szklanki cukru

2 łyżeczki proszku do pieczenia

2/3 szklanki oleju (np.słonecznikowego)

1 szklanka mleka

2 jajka

Przygotowanie:
Łączymy wszystkie składniki w misce, następnie mieszamy je do uzyskania gładkiej masy (ja robię to przy pomocy miksera).

Przekładamy ciasto do foremek na mufinki.

Pieczemy przez 20-25 minut w 190°C.

CIASTO Z OWOCAMI


Składniki:
2 i 1/2 szklanki mąki

1 szklanka cukru

4 jajka

1/2 szklanki oleju

2 łyżeczki proszku do pieczenia

dowolne owoce (mogą być też suszone owoce lub bakalie).

Przygotowanie:
Do miski wsypujemy mąkę, cukier i proszek do pieczenia, następnie dodajemy jajka i olej. Wszystko mieszamy mikserem do uzyskania gładkiej masy. Wylewamy ciasto To tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej tłuszczem (masło/margaryna).

Pieczemy w 190°C przez 50-60min.


EKSPRESOWE CIASTECZKA


Składniki:
2 szklanki maki

1 łyżeczka proszku do pieczenia

2 jajka

1/2 szklanki cukru

2łyżki Śmietany

3łyżki oleju

małe opakowanie cukru waniliowego

1/2 filiżanki orzechów włoskich lub Laskowych (muszą być pokruszone).

Przygotowanie:

Wszystkie składniki wrzucić do miski i wymieszać mikserem.

Płaską blachę wyłożyć papierem do pieczenia, następnie łyżką nakładać ciasto na blachę formując okrągłe ciasteczka. Między ciasteczkami muszą być odstępy ok. 2 cm.

Blachę wstawić do rozgrzanego do 160°C piekarnika, piec przez 10-15 minut (do zarumienienia)      

Smacznego!

poniedziałek, 13 lipca 2015

Dzień z życia złej matki.

Przed przeczytaniem tego postu schowaj hejty do kieszeni i włącz swoje poczucie humoru!!!!!


1. Wstaje, dopiero gdy budzi się dziecko. Nie ustawia budzika na 7:00, żeby usmażyć placuszki bananowe i powycinać chleb na kształt misia czy samolotu. Dlaczego? Zwyczajnie woli się wyspać!

2. Przygotowuje śniadanie. Dla młodszego mleko w butelce (koniecznie modyfikowane lub krowie), dla starszego czekoladowe płatki z mlekiem podgrzane w mikrofali

3. Pije ciepłą kawę, sprawdzając e-mail i portale społecznościowe. Te najgorsze piszą post na bloga lub fan page. Co robią w tym czasie dzieci? Korzystają z technologii. Tablet, tv czasem telefon... zależy co pod ręką było.

4. Zabiera dzieci na spacer. Albo po prostu idzie na zakupy pieszo, uznając to za spacer ;)

5. Gotuje obiad. Dla starszaka to samo co jedzą dorośli - nawet, jeśli to gotowe pierogi z paczki, maluchowi otwiera słoiczek-to co pomidorowa czy delikatny kurczak z warzywami?

6. Kładzie dzieci na drzemkę. Młodsze zasypia samotnie w łóżeczku, tuląc pieluchę (co gorsze pozwalają na smoczka) Starszy zasypia na kanapie, czasem też na dywanie między klockami.

7. Dzieci śpią, mama siada do laptopa, telefonu, przed tv, pije kolejną kawę. Te NAJGORSZE odpowiadają na hejty na blogu:D Oczywiście powinna w tym czasie posprzątać, ale po co? Dzieci zaraz wstaną i znów nabrudzą.

8. Wstają dzieci, czas na wspólną zabawę! Rodzicielka siada ze słodkimi maluchami na podłodze pełnej zabawek. Obrazek niczym z magazynu dla rodziców. Po 30stej wieży z klocków włącza tv i bawi się z dziećmi dalej, jednym uchem słuchając serialu.

9. Kąpie dzieci, koniecznie razem-tak jest szybciej! Układa do snu i czyta najkrótszą bajkę i wychodzi, modląc się, by dzieci szybko zasnęły.

10. Dzieci śpią. Matka sprząta. Zbiera zabawki, odstawia kubki do zlewu, ściera oklejony stół i pada na twarz. Czasem poczyta książkę, czasem obejrzy film, ale generalnie ma dosyć i kolejny raz wypowiada w myślach zdanie Naprawdę chciałam dwoje dzieci?'

A ty ile raz w tygodniu jesteś "Złą matką"?


 

poniedziałek, 6 lipca 2015

Nie zapomni pozostać sobą!

                 Jestem mamą, to najważniejsza rola w moim życiu, zawsze to podkreślam. Macierzyństwo to jedno z moich spełnionych marzeń i coś, co daje mi ogromną satysfakcję, ale bycie mamą to nie wszystko.
Jestem też kobietą, poetką (amatorką), wielką fanką książek fantastycznych. Kocham taniec i zabawę grafiką na komputerze, ale zapomniałam o tym na prawie 2 lata. Zapomniałam, kim naprawdę jestem. Przestałam czytać, pisać, tańczyć...porzuciłam swoją kobiecość i byłam tylko matką.

Ktoś powie, że tak już jest, że maluch pochłania mnóstwo czasu i energii. To nie prawda, to trochę taka wymówka, by bezkarnie biegać w kucyku i bez makijażu.

To był czas, gdy prawie nic nie sprawiało mi przyjemności, praca, dom, a nawet opieka nad synkiem męczyła mnie coraz bardziej...sex istniał tylko w marzeniach (nie moich rzecz jasna) Czułam się wtedy pusta, głupia i nudna...i może nawet taka byłam? Poziom mojej inteligenci spadał od nadmiaru durnych seriali i bezsłownych bajek dla bobasów.
Matka Polka - idealna, sfrustrowana, wściekła  /  fot. Justin Paget  /  źródło: Corbis 
Przyszedł taki moment, że otrząsnęłam się z transu macierzyństwa. Dlaczego? Otóż poszłam na babskie spotkanie...większość kobiet tam nie miała dzieci lub miała je w wieku szkolnym. Było głośno i zabawnie, dziewczyny śmiały się i rozmawiały, a ja siedziałam z boku, sztucznie się uśmiechając, bo nie miałam nic do powiedzenia. Zasób moich tematów ograniczał się do kupek, zupek i pampersów. Wtedy coś we mnie pękło Co się ze mną stało? Kiedyś byłam towarzyska i oczytana."-pomyślałam. W domu przepłakałam pół wieczoru i postanowiłam „wrócić do siebie”, Wstałam rano, poszperałam po internecie i zamówiłam 11 tomów mojej ulubionej sagi, podcięłam włosy u fryzjera, zrobiłam makijaż i ubrałam rurki. Jedną noc zarwałam na czytaniu, kolejną na innych przyjemnych :) i...nagle poczułam, że wróciłam... Ja ta prawdziwa, uśmiechnięta, szczera i przebojowa...co ważniejsze poprawiło to nastrój nie tylko mi... Niedługo potem S. zaczął znów zabójczo się uśmiechać i prawić mi komplementy...inicjował wspólne kolacje i filmy...częściej wychodziliśmy na spacery i jeździliśmy na wycieczki. Znów byliśmy, piękni, młodzi i pełni życia jak na początku naszego związku.tyle że we troje.

Źródło:internet

Jaki z tego morał? Nie zapominajmy oo sobie! W tym szalonym wyścigu, o bycie idealną mamą i gospodynią, pamiętajmy, że jesteśmy też kobietami! Mamy swoje pasje, marzenia, potrzeby. Warto o to dbać. Dla partnera by miał taką kobietę, którą pokochał, dla dziecka, żeby nie stać się wiecznie niezadowoloną i pokrzykującą mamą a przede wszystkim dla siebie.

czwartek, 2 lipca 2015

Pewnie mijasz ją codziennie...

Pewnie mijasz ją codziennie....


Może wygląda jak gwiazda filmowa, zawsze nienaganny strój, fryzura, wysokie szpilki i duże ciemne okulary, które idealnie skrywają siniaki na twarzy. Nosi głowę wysoko, udając wielką panią, bo tylko to jej zostało. A kim jest naprawdę? Laleczką, śliczną i głupią, taką na pokaz- to jego słowa. Wczoraj tak powiedział, a właściwie wykrzyczał tuż, zanim uderzył pięścią w stół a później w jej policzek. Powinna go zostawić i wie o tym, ale zabrnęła już za daleko.

Wyjechała do stolicy, na studia, poznała go na stażu...

Pan prezes, nieco starszy, lekko po 30stce. Ona 20-latka z biednej rodziny... Imponował jej, był czarujący, szarmancki i... bogaty. Studia rzuciła, by pomóc mu w firmie a on wysłał pieniądze jej rodzicom, na naprawę dachu, później na ocieplenie domu. Wpadła w ten układ po uszy.

Rodzice na starość żyją spokojnie, a ona dzień po dniu przezywa koszmar, grając szykowną żonę prezesa.
Źródło:Internet
                 Może to ta uboga kobieta, która drobnymi płaci w piekarni za wczorajszy chleb. Ta sam, która przed świętami w mrozie odśnieżała plac przed kościołem, by dzieci miały na święta, choć tabliczkę czekolady.

Ona już nie chowa sińców, i tak wszyscy wiedzą, że mąż ją bije. Tak wiele razy słyszała, że powinna odejść. No tak dla ludzi wszystko jest łatwe, samotne wychowanie czwórki dzieci i rzucenie w niepamięć 15 lat małżeństwa. Wszystkim się wydaje, że z dnia na dzień można przestać się bać. Mało to razy mówił, że znajdzie ich wszędzie. Zabije we śnie ją i dzieci, poza tym zawsze przeprasza. Zaraz po tym, jak się wyśpi i wytrzeźwieje i nawet nie jest źle... do następnego razu. Jest względny spokój. O ile ciepły obiad jest na stole, a dzieciaki nie hałasują.

Niebieska linia

To wszystko dzieje się wokół ciebie... trzeba otworzyć oczy, spróbować pomóc... Wiem, pewnie odmówi. Ta pierwsza pewnie uniesie się dumą i powie, że przewróciła się i dlatego ma siniaka... Może nawet każe ci spierdalać. Druga pewnie zacznie płakać, powie, że musi wytrzymać, że to dla dzieci, że za bardzo się boi i nie da rady, ale reaguj! Nie siedź obojętnie przed telewizorem... Gdy kolejny raz słyszysz, płacz kobiety za ścianą, jej krzyk, a potem cisze... tak nieznośną, że wierci dziurę w głowie Reaguj!

środa, 1 lipca 2015

Zlinczuj chudzielca.

Wciąż pojawiają się nowa akcje i grupy wspierające „puszyste” kobiety, tyle się mówi o tolerancji i nieocenianiu po rozmiarze. Dlaczego działa to w jedną stronę? Dlaczego, gdy ktoś ma śmiałość powiedzieć osobie otyłej, że powinna ćwiczyć, pojawia się oburzenie? Dlaczego tak wiele krzyku jest o szczupłe barbie, czy modelki bielizny a w ostatnim czasie chyba bardziej dyskryminuje się szczupłe kobiety?
Jeśli w szkole nazwą dziewczynkę grubą czy pulpetem, wzywani są rodzice, a przezywające dzieci zostają ukarane. Nie mam nic przeciwko temu, ale nie rozumiem tego, że „chronione” są tylko dzieci z nadwagą.

Wiele razy w szkole słyszałam przezwiska typu wykałaczka, tyczka, przeszczep, bo byłam okropnie chuda i wiecie co? Nauczyciele i większość rodziców uważała, że nie ma w tym nic złego i że to nie jest obraźliwe, a mi było cholernie przykro.

Teraz gdy jestem, dorosła jest podobne. Osobie otyłej nie wolno wypomnieć wagi czy zasugerować diety, bo każdy, kto to usłyszy „wsiada” od razu na ciebie i wyzywa od nietolerancyjnych, mówiąc, że wygląd to nie wszystko. Druga strona medalu jest taka, że gdy pojawia się wypowiedź „Ale ty jesteś chuda czy ty w ogóle coś jesz?” nie reaguje nikt, ba większość osób jeszcze przytakuje. Ciągłe pytania o anoreksje czy bulimie też nie są przyjemne, ale co z tego? Przecież mówienie, że ktoś jest chudy/suchy/anorektyk czy patyczak to nie obraza....jasne.... to takie przyjemne....

Więc dalej klepcie po plecach zapuszczone kobiety z rozmiarem 18+...a te noszące rozmiar 6 czy 8 linczujcie, bo przecież normalna kobieta tak nie wygląda, a nawet przecież kobietą nie jest, bo „prawdziwe kobiety mają krągłości”

czwartek, 25 czerwca 2015

Zaczekaj, nauczy się.

W życiu każdej mamy przychodzi taki moment, gdy zastanawia się, czy dziecko dobrze się rozwija. Myśli, czy maluch powinien już chodzić, mówić albo jeść samodzielnie. Rodzice szukają odpowiedzi wśród rodziny, znajomych a czasem w internecie. Nie widzę w tym nic złego, bo jak ktoś mądry powiedział „Kto pyta, nie błądzi”, ale zazwyczaj pada takie zdanie „Zaczekaj, nauczy się” jako odpowiedź na rodzicielskie wątpliwości.

Pomysł czekania jest nie najlepszym rozwiązaniem. Nie mówię tu, żeby dziecko, które nie chodzi stawiać na nogi na siłę, ale jeśli przyjmuje się, że dziecko powinno zacząć chodzić do 18 miesiąca życia, a twoje ma 17 i nie podejmuje prób samodzielnego stawiania kroków, to NIE WAHAJ SIĘ I IDŹ DO LEKARZA.

Twój dwulatek mówi 5-10 słów zamiast oczekiwanych 50? Trzylatek nadal nie składa zdań? ZAPISZ DZIECKO DO LOGOPEDY. Nie słuchaj tłumaczeń, że zacznie mówić, jak pójdzie do przedszkola albo, kuzyn ciotki Zosi zaczął mówić w wieku 5 lat i jest ok. Nie jest! Na zaburzenia mowy ma wpływ wiele czynników (nawet popularne przerośnięte migdałki).

Żródło:Internet

Nie chodzi o to, by dziecko rozwijało się książkowo, ale po to są normy rozwoju, żeby rodzic wiedział, kiedy udać się do specjalisty. Co szkodzi zabrać dziecko do Ortopedy, neurologa czy logopedy? Jeśli okaże się, że trzeba poczekać, to pewnie skończy się na jednej wizycie, za to, jak będzie coś nie tak, można zacząć leczenie/terapie odpowiednio wcześnie, a to bardzo ważne.

Powiedzmy, że twoje dziecko nie mówi, a ma skończone dwa lata. Możesz czekać, aż samo zacznie mówić... Albo i nie zacznie, bo to taki trochę ryzyk -fizyk". Możesz też iść do pediatry lub/i logopedy i sprawdzić, czy zaburzenia mowy mają podłoże medyczne. Jeśli okaże się, że nie to wracasz do domu i nie zmienia się nic, ale jak okaże się, że potrzebna jest terapia, to zaczynając ją w wieku 2 lat, jest szansa na to, by maluch dogonił rówieśników, zanim pójdzie do przedszkola.

Lekarze nie gryzą i naprawę nie warto czekać w nie skończoność, aż dziecko zacznie chodzić, mówić, siadać czy korzystać z toalety, czasem potrzebna jest pomoc.

Źródło:Internet

Jeśli chcesz dowiedzieć się, czym zajmuje się logopeda, kiedy warto zabrać tam dziecko lub czy potrzebne jest skierowanie, zapraszam do odwiedzenia linku poniżej.

środa, 24 czerwca 2015

Pierś kontra butelka.

Słoiczki vs gotowanie...

Szczepić czy nie szczepić...


Poród naturalny kontra cesarskie cięcie...


Kupki, zupki, chrzest, zabobony, witaminy, chodziki...


To wszystko to tylko niewielka ilość tematów sporu matek. Jedna, wychwala chodzik...druga już krzyczy, że krzywdę dziecku robi...dziecko jej zabrać trzeba. Jedna nie szczepi, inna karmi piersią do 5 roku życia, różnice zdań w każdej dziedzinie życia to norma. Ja rozumiem, jest wolność słowa,można mówić co się chce, ale po co od razu obrzucać się błotem? Nie rozumiem, dlaczego matki na siłę chcą przekonać inne, że tylko jedno podejście jest słuszne. Po co wmawiają innym kobietom, że jeśli, karmią, butelką, miały cesarkę, czy nie śpią z dzieckiem, to nie nadają się na matki?

Nie rozumiem tych wszystkich nielogicznych stwierdzeń... wywyższania się. Przecież życie i wychowanie dziecka to nie konkurs na matkę roku...nikt nie da medalu, za to ile osób czuje się gorszych od nas.

Czasem mam wrażenie, że te „krzyczące” kobiety mają bardzo niską samoocenę lub nieszczęśliwe życie a w tłamszeniu innych mam znalazły sposób na poprawę nastroju. Jedna drugiej wytyka wszystko...począwszy od tego, w jakim wieku urodziła, przez sposób i wychowania aż kończą się argumenty i prześcigają się, która ma mądrzejsze dziecko czy lepszego męża.

Większość z tych pań pokrzyczy w internecie, na placu zabaw czy pochwali się koleżance i zwyczajnie zapomni, ale są też bardziej wrażliwe mamy, często młode stażem, które zwyczajnie będą się przejmować. W efekcie przestaną słuchać instynktu macierzyńskiego, zaczną czytać miliony książek, wertować internet szukając odpowiedzi na najprostsze pytania....z natłoku sprzecznych informacji, gubiąc się coraz bardziej w pięknie macierzyństwa.

I po co to wszystko?

piątek, 19 czerwca 2015

Czym jest macierzyństwo?

     Macierzyństwo... Mówią, że jest misją, przeznaczeniem, sensem istnienia, ktoś inny nazywa je społecznym obowiązkiem albo przedłużaniem gatunku. Dla niektórych jest, darem, cudem marzeniem.
A czym jest dla mnie?

 
Dla mnie macierzyństwo to przygoda. Przygoda, która rozpoczęła się na długo, zanim urodziłam Dennisa, zanim zaszłam w ciąże, a nawet zanim myśl o dziecku zagościła w mojej głowie. Zaczęło się, gdy miałam około 6 lat (może wcześniej, ale nie pamiętam).
Z namaszczeniem pielęgnowałam lalki przypominające bobasy. Przewijałam pieluchy, śpiewałam kołysanki, a nawet próbowałam szyć im ubranka. Idąc do parku czy na plac zabaw często wolałam spędzać czas w piaskownicy z bobasami niż biegać z rówieśnikami. Widok maleńkich dzieci zawsze mnie rozczulał. Gdy byłam trochę starsza, uwielbiałam chodzić do sąsiadki, która miała śliczną małą córeczkę. Zawsze starałam się pomagać. Nie przeszkadzał mi nieprzyjemny zapach brudnych pieluch czy dziecinnych wymiocin, Czułam się w swoim żywiole.
Miałam niecałe 13lat, gdy mojemu ojcu urodziły się bliźniaki-moi przyrodni bracia...dużo przy nich pomagałam, trochę z chęci a trochę z musu, bo to był czas, gdy na pierwszym miejscu były koleżanki. Jednak mimo wszystko nadal kochałam zapach niemowlęcej skóry i słodkie bezzębne uśmiechy.

Zaszłam w ciąże, mając 18 lat i 9 miesięcy. Uprzedzam pytanie - Nie, to nie była wpadka, dziecko w 100% planowana z obu stron. Dowiedziałam z się o ciąży w połowie września, przeżyłam szok...do dziś nie wiem dlaczego...przecież tak bardzo na to czekałam!? Do 14tc nie powiedzieliśmy o tym nikomu, wiedziałam tylko ja i S.
Nie było łatwo, większość bliskich nie zareagowała gratulacjami i uśmiechem, mimo że byliśmy dorośli, a nasze życie było w miarę poukładane. Ciąża to był dla mnie najtrudniejszy okres w życiu (nie licząc dzieciństwa). Towarzyszył mi strach mieszający się ze szczęściem i kłótniami, bo S. też zestresowany chodził.

13/04/2012 w piątek urodził się nasz syn. Po wielu godzinach męczarni, przy pomocy kleszczy, w pechowy dzień i jedyne swoje imieniny w kalendarzu. Gdy dostałam do w ramiona, poczułam ulgę, nie miłość czy szczęście...po prostu ulgę, że żyje i jest zdrowy. Nie będę opisywać ostatnich trzech lat szczegółowo, bo nie ukrywajmy, ale u każdego wyglądają one podobnie. Chcę jeszcze tylko wyjaśnić, dlaczego uważam, że macierzyństwo to przygoda.

Macierzyństwo jest najbardziej nieprzewidywalną rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, czymś, co nie do końca potrafię opisać słowami. Mieszanką niewyobrażalnego strachu, szczęścia i adrenaliny. Jest to podróż w nieznane. Test, którego wynik poznam, nie jutro, nie za tydzień a za dziesiątki lat. To miłość ukryta w codzienności, sprawdzian, nie tylko z tego, jaką jestem mamą, ale jakim człowiekiem...i przygodą - Ryzykowne, ekscytujące przeżycie zaczynające się, gdy tylko poczułam pierwszy instynkt macierzyński a kończące, gdy przyjdzie czas odejść.



środa, 17 czerwca 2015

5 rzeczy,w których tata jest lepszy od mamy.

        Jestem dobrą mamą, nie idealną, ale najlepszą, jaką potrafię. Jednak są rzeczy, w których S. jest 100 razy lepszym kompanem niż ja.
Chcecie wiedzieć. W czym tatuś jest lepszy?

1. Kąpiel - Ooo tak! Tata pozwala znosić do wanny tysiąc zabawek: piłkę, pociąg, samolot, sitko. Robi mnóstwo piany, strzela pistoletami na wodę i pozwala siedzieć w wodzie, aż palce dłoni są pomarszczone. A mama? Mama nalewa Wodę do wanny, myje synka i tyle.
2. Wygłupy - I to takie ekstremalne jak przewroty na łóżku, salta na trampolinie, zawijanie dziecka w koc, karuzela czy rzucanie w siebie nawzajem piłką (gumową). Ja nawet nie mogę na to patrzeć, bo wyobraźnia płata mi figle i widzę możliwość miliona różnych wypadków. Za to Dennis śmieje się tak, że słychać go na pół dzielnicy.
3. Zabawa - Cóż moja cierpliwość na zabawę z młodym kończy się średnio po godzinie, za to S. potrafi godzinami budować tunele i mosty dla pociągów, wieże z klocków. Tata wciąż ma nowe pomysły i potrafi wymyślić zabawę przy użyciu kartonu czy.szafy. Mamie niestety brak takich pomysłów.
4. Oglądanie bajek - Tak tata i synek lubią podobne bajki, S.włączą „Epokę lodowcową”, „Madagaskar”, „Shrek” lub inną bajkę, znosi do sypialni chrupki, ciastka i napoje i cisza w domu przez 1,5 godziny...mnie bajki nudzą po około 15 minutach.


5. Ubieranie - Ja szykuję ubranka dla Dennisa i każe mu się ubierać, a S.biega po całym domu za synem, bawiąc się przy ubieraniu.


Co by tu dużo mówić, to co z mamą jest zwyczajną czynnością z tatą jest prawdziwą przygodą.

środa, 10 czerwca 2015

A ty, tresujesz czy wychowujesz?


Jakiś czas temu usłyszałam od innej mamy, że ja nie wychowuje Dennisa, tylko go tresuje. Dowiedziałam się, że jeśli nie potrafię poświęcić się dziecku, to nie powinnam być rodzicem. Oto kilka punktów wyjaśniających, dlaczego zostałam nazwana Matką-Treserką.

1. Dennis nie spał z nami (czyt.rodzicami), nie licząc 3 nocy zaraz po urodzeniu, gdy miał kolki. Co z tego? No przecież Krzywdę robię dziecku! Spać z nim powinnam jak najdłużej! Spanie z dzieckiem zapobiega SIDS. (Tak wiem, że to prawda, jednak historie uduszenia dziecka przez śpiących rodziców przekonują mnie bardziej).

2.
Nie bujałam dziecka na rękach przed snem, w wózku też nie, ani w kołysce, leżaczku i innym gadżecie, bo zwyczajnie tego nie potrzebował. Błąd! Bujać trzeba, bo to rozwija układ nerwowy, nie robisz tego?! Jesteś złym rodzicem.

3. Karmiłam piersią tylko 6 tygodni, z różnych powodów, nie będę się tłumaczyć. Napisze, tylko że chciałam, ale nie mogłam. Efekt? Jestem maciora nie matka, MM to pasza a mój syn to prosiak (ale jaki śliczny).

4. Prowadzałam dziecko na szelkach. Tak robiłam to przez około miesiąc, Dennis miał niecałe dwa latka, w wózku jeździć nie chciał. Chodząc za rękę, często się wyrywał, więc zakładałam mu szelki, które owijałam wokół nadgarstka i chwytałam go za rękę. Nawet gdy się wyrwał, to na ulice nie wybiegł. Co w tym złego?! No jak to? Traktuje dziecko jak psa i na smyczy prowadzę. Moja odpowiedź? Lepsze dziecko na „smyczy” niż pod samochodem.

5. Zabrałam mu smoczek i nie oddałam! Nie, nie ucięłam końcówki, nie kłamałam, że piesek/kotek/ptaszek zabrał. Mówiłam przez tydzień codziennie po trylion razy, że w dniu urodzin zabiorę, wyrzucę i nie kupie kolejnego, bo jest za duży. To przecież okrutne, taki szok dla dziecka. Powinno samo odstawić.

6. Pozwalam, żeby się wypłakał/wykrzyczał. Tak sadzam go na schodek i krzyczy/płaczę tak długo, aż nie uspokoi (Rekord to 42 min) No ale tak nie wolno przecież! Powinnam, przytulać, całować i mówić, że jest, cud miód, malina. Nie ważne, że się rzuca, krzyczy, bije mnie i wymusza. Wymusza płaczem? Przecież dzieci nie wymuszają. Na pewno coś robię źle.

7. Przydzielam mu prace domowe/obowiązki! Pierwszy to sprzątanie pokoju (swojego), nie ma, że zmęczony, że bajka jest, że głodny. Sprząta i Koniec. Poza ekstremalnymi sytuacjami, gdy uśnie, zanim posprząta lub wracamy późno do domu. Wynosi też plastikowe śmieci do specjalnego pojemnika na ogrodzie. Tak nie wolno!!! Wysługuje się dzieckiem, przecież 3 lata to za mało na obowiązki!!!!
8. Pozwalam, by robił wiele rzeczy sam (pod nadzorem). Tak, pozwalam, by uszykował sobie sam rano płatki, od początku do końca! Sam wyjmuje płatki i sypie do miski, sam zalewa je mlekiem i sam je! Sam też się ubiera i rozbiera, myje ręce i buzie, zęby, korzysta z toalety i milion innych rzeczy. Co w tym złego? Już pisze, otóż dobra matka biega i usługuje swojemu dziecku, żeby ono się czasem nie zmęczyło, a ja jestem leniwa i dlatego tego nie robię.
Takich przykładów znalazłoby się jeszcze kilka, ale nie widzę potrzeby wymieniania ich tutaj, bo myślę, że każdy zrozumie sens tego wpisu.

To nic, że czytam mu bajki co wieczór, że przychodzi co rano do naszego łóżka i tulimy się godzinę, że na każdym kroku zapewniam go o mojej miłości. Nie ważne, że chodzę na spacery, śpiewam milion razy jedną piosenkę i biegam na czworaka, udając psa.

Czy to, że wychowuje syna trochę inaczej znaczy, że jestem złym rodzicem? Nie przeczytałam tysiąca poradników na temat wychowania (dokładnie 2 w ciąży). Wychowuje D. intuicyjnie i jak na razie ma się świetnie.

                                                                   Pozdrawiam Matka-Treserka.




sobota, 6 czerwca 2015

Ubierz mnie mamo!

                           Jest czerwiec, temperatury iście letnie, mimo że nadal mamy kalendarzową wiosnę. Coraz więcej ludzi korzysta z ciepłych dni i wybiera się nad jeziora, morze, pływalnie. Wszystko super, ale jedno mnie dziwi- gołe dzieci. Bobasy i kilkulatki, chłopcy i dziewczynki.
 
Czy naprawdę rodzice nie widzą nic złego w tym, że wystawiają intymne części ciała swoich szkrabów na widok publiczny? Tak trudno ubrać dziecku strój na plażę albo zwyczajne majteczki?
To kompletny brak szacunku do intymności własnych dzieci, nie mówiąc już o tym, że zdjęcia z takich wypadów często trafiają na portale społecznościowe. Jestem ciekawa, ilu z tych rodziców rozebrałoby się publicznie? Część mam ma problem, żeby rozebrać się do bikini, a pozwalają, żeby ich kilkulatki biegały nago.

Źródło:internet 

 Zakończmy temat szacunku do naszych dzieci, bo to kwestia sporna i każdy ma do tego inne podejście. Co z wszechobecnym piaskiem? Mokre dziecko siada na piasku, który wkrada się we wszystkie zakamarki i przez kilka kolejnych godzin obciera małą pupę... no drogie mamy i tatusiowie zróbcie taki test: wymoczcie się w wodzie, a później usiądźcie na piasku na kilka minut. Wygodnie? Nie?! Dziwne...

Kolejnym problemem są ludzie... Nigdy nie wiemy, czy gdzieś obok nie czai się „miły pan”, który z radością spogląda na małe pupki, a może nawet robi zdjęcia.

No i co z innymi bywalcami ? Ja szczerze mówiąc, nie chciałabym, żeby mój trzyletni syn oglądał nagich, obcych ludzi, nieważne czy mają 3, czy 30 lat. Chce mu oszczędzić tego widoku. A bobasy bez pieluch? Posikujące swobodnie do jeziora czy basenu? Bardzo niefajnie.

Przecież, nawet jeśli wypad jest spontaniczny, dziecko może kąpać się w zwykłych majteczkach a w przypadku dziewczynki w majtkach i koszulce... No i pomyślcie przyszłościowo... czy za 20 lat wasze dziecko będzie zadowolone, że publicznie biegało nago... wątpię.
Dennis rok temu w ogrodowym baseniku

piątek, 5 czerwca 2015

„Możesz znów zajść w ciąże”

                      Kobieta zachodzi w ciąże mniej lub bardziej wyczekaną. Mija pierwszy szok, niedowierzanie i zaczyna cieszyć się z rosnącego w niej życia. Potwierdza ciąże u lekarza, fasolka rozwija się prawidłowo. Leżąc w łóżku, ze swoim mężczyzną snują plany, oglądają ubranka i wybierają imiona.

Przyszła mama odmawia sobie ulubionej kawy, bierze witaminy, wszystko dla dobra maleństwa. Nagle ból, krew, karetka, szpital i chłodne słowa lekarza Nic tam już nie ma, poroniła pani".

Cisza, niezrozumienie i morze łez. Mijają dni, tygodnie, miesiące i wraca do „życia”, idzie się spotkać z przyjaciółką. Kawa, kilka grzecznościowych formułek i pada klasyczne zdanie Jesteś młoda, zrobisz sobie następne". Pewnie 90% kobiet ma ochotę wtedy krzyczeć, bić i płakać jednocześnie. To chyba najgorsze co można usłyszeć po stracie dziecka. Jasne można zajść w kolejną ciążę, urodzić zdrowe dziecko, ale to nie sprawi, że się zapomni. W sercu do końca życia zostanie rana, która od czasu do czasu będzie krwawić. Gdzieś między prysznicem a śniadaniem... otworzy się i zacznie boleśnie o sobie przypominać.

„Ile to już miesięcy?”

„Już by było z nami”

„Właśnie zaczynałby przedszkole”.


Tracąc dziecko, tracimy kawałek swojej duszy, odrobinę uśmiechu. Stajemy się nadzwyczajnym rodzicem, mamą aniołka. Na pozór jesteśmy zwyczajne, nie wyróżniamy się niczym, spacerując po parku, a jednak żyjemy z niepełnym sercem.                
fot. Monika Wieczorkowska

Zanim powiesz „Możesz znów zajść w ciąże” kobiecie, która straciła dziecko, ugryź się w język, pomyśl i... nie mów! Przytul, chwyć za rękę, powiedz, że będziesz obok, ale nie wmawiaj, że czas leczy rany, a kolejne dziecko sprawi, że zapomni.

piątek, 29 maja 2015

Uczę się siebie od nowa

Gdy tylko zaczęłam myśleć o byciu mamą i później, gdy już byłam w ciąży, miałam jasny obraz macierzyństwa. Nie taki słodki i cukierkowy jak w reklamach produktów dla dzieci, ale czysty i wyraźny. Wszystko wydawało się proste: Karmienie, przewijanie, kąpiele, spacery i... wychowanie dziecka. O ile wszystkich czynności pielęgnacyjnych można się zwyczajnie nauczyć to wychowywania dziecka niestety nie.


Kiedy urodził się Dennis, część znajomych mówiła, że początki są najgorsze, że jeśli przetrwam pierwszy rok, to będzie już coraz łatwiej. Byłam naiwna, wierząc w to. Owszem pierwsze 6 tygodni po porodzie to był koszmar, walka o każdą minute snu, ale później było całkiem spokojnie. Noce przesypialiśmy, bobas spał i jadł regularnie. Nawet ząbkowanie przeszło bezboleśnie. Jest tak, jak być powinno, panuje nad sytuacją"-myślałam. Myliłam się, poczucie opanowania sytuacji było chwilowe. Syn zaczął chodzić, a raczej biegać, nie szło go utrzymać w wózku, więc krzyczał, a ja wiedziałam, że wszystko wymyka mi się spod kontroli. Przy każdej próbie utrzymania go w wózku (np.jadąc autobusem) mój aniołek darł się, jak by go ze skóry obdzierali, a ja czułam przeszywające spojrzenia ludzi. Minęły dwa może trzy miesiące...było jakby lepiej, a może to ja się przyzwyczaiłam? Nagle bez żadnego powodu moje dziecko coś opętało, na każde moje słowo/zdanie/prośbę ten mały śliczny blondynek wpadał w histerie. Nie wiedziałam co robić, żałowałam, że jestem mamą, czułam, że się do tego nie nadaje i robię krzywdę swojemu dziecku.

S. znalazł sposób na ataki histerii, sadzał krzykacza i kazał siedzieć tak długo, aż się nie uspokoi, a później spokojnie tłumaczył co, jak i dlaczego. Starałam się robić tak samo, jednak różniliśmy się tym, że S. sadzał małego i wracał do picia kawy, a ja wylewałam może łez, kolejny raz myśląc, że jestem do dupy, a mój syn mnie nienawidzi. Przeszło po około pół roku. Dalej w kolejności były problemy z przystosowaniem do przedszkola, z treningiem czystości, wyjściem z placu zabaw. Kilka miesięcy temu znów odetchnęłam z ulgą. Bunt dwulatka minął, a ja wierzyłam, że będzie lepiej. Nic bardziej mylnego. W ostatnim czasie poznałam co to asertywność level hard. To moment, gdy dziecko prosi o kolejny słodycz, a ty odmawiasz z pełną świadomością, że zaraz zacznie się dramat, są łzy, smutne miny i rozpacz, nie ustąpisz? Ok nie ma sprawy, do akcji wkracza gniew, krzyk i obraza. Zaraz usłyszę od kogoś „Jak wychowałaś, tak masz” jasne to cała prawda, ale o ile nie sprawia mi problemu odmówienie czegoś sobie, narzeczonemu, znajomej czy mamie to gdy prosi D. cholernie ciężko powiedzieć Nie". Wiem, że to dla jego dobra, ale gdzieś w mojej chorej podświadomości siedzi okropna myśl, gdy on płacze - Znienawidzi Cię, robisz mu krzywdę, nie powinien tak płakać




Wciąż się uczę, uczę się siebie na nowo. Nigdy wcześniej nie wpadłabym na to, że moje dziecko będzie płakać przez ze mnie, nie myślałam o tym, że spróbuje coś wymusić, a ja będę musiała być twarda. Nie przyszło mi do głowy, że będę płakać, gdy wróci z przedszkola i przytulony zaśpiewa „Twinkle, Twinkle little star” Nie wiedziałam, że macierzyństwo to tyle trudu i energii poświęconej dla miłości. Ciągłe poznawanie siebie od początku, swoich uczuć, emocji i obaw. Czas, kiedy kochasz mocniej, krzyczysz głośniej, płaczesz dłużej, boisz się bardziej.

poniedziałek, 25 maja 2015

Podaruj dziecku siebie

          Serfuje po internecie, co rusz natykając się na top listy najlepszych/najgorszych prezentów z okazji dnia dziecka. Każda strona to kolejny zbiór wymyślnych zabawek i gadżetów, a gdyby tak nie kupić nic? Zadzwonić do szefa, wziąć jeden dzień wolnego i podarować dziecku siebie tak na 24 godziny. Być tego dnia wyłącznie dla naszych pociech, pozwolić im wybrać rozrywki, menu i zaplanować dzień po ich myśli. Zjeść na obiad okropnie słodkie naleśniki, frytki, pizze lub inne świństwo". Rozmawiać z dzieckiem o błahostkach, na które w codziennym biegu nie mamy czasu, leżeć z miską popcornu oglądając kolejny odcinek nudnej (dla nas) świnki Peppy.
Fot. Fotolia
Mało prawdopodobne, że za 10 czy 15 lat nasze dzieci będą pamiętać prezenty z każdego roku na święta, urodziny i dzień dziecka, bo my też nie pamiętamy, że w '99 na dzień dziecka dostaliśmy klocki, lalkę czy koparkę. Taki dzień może być pięknym wspomnieniem nawet po wielu latach, udowodnieniem, że w natłoku obowiązków, rodzice znaleźli czas, czas by być...tylko rodzicami. Nie mężem, żoną, szefem, pracownikiem, córką, ale MAMĄ i TATĄ. Zapamiętają dzień, który był taki jak chcieli, że tata znalazł czas, żeby godzinami grać w piłkę a mama nie złościła się o rozdarte spodnie. Może tego dnia mama walcząca o zdrowe odżywianie pozwoli zjeść dużą porcję lodów przed obiadem, a tata pozwoli iść spać godzinę później.

 Fot. sxc.hu
U nas właśnie tak wyglądał dzień dziecka rok i dwa lata temu, w tym roku będzie podobnie. Wyłączymy telefony, zjemy śniadanie w łóżku, pojedziemy na wycieczkę. Będziemy rodziną bez obowiązków, myślenia o pracy, bez zmartwień i problemów. Zjemy smaczny obiad, nie zwracając uwagi na wartości odżywcze, znów będziemy oglądać w kółko 3 odcinki myszki Miki, które D. uwielbia...

Podarujmy dzieciom bezcenny prezent....siebie i czas.
Foto: ronen-frieman/Flickr

niedziela, 24 maja 2015

Autyzm oczami widza

Spędziłam 10 dni pod jednym dachem z 7-letnim autystycznym chłopcem, to doświadczenie zmieniło moje spojrzenie na niektóre sytuację. Chcę się z wami tym podzielić

MM jest autystą, ma zespół Aspergera nazywany też autyzmem inteligentnym. Nie objaśnię wam, na czym dokładnie polega ta zaburzenie, więc odsyłam was tutaj. Nie chcę pisać o rzeczach, na których temat wiem niewiele, chce opowiedzieć tu, jak to wygląda z boku.

Pierwsze co pomyślałam po rozmowie z MM, to było takie „wow co za inteligentne dziecko”. Chłopiec ma niesamowitą wiedzę na temat astronomii, planet i gwiazd poza naszym układem słonecznym. Zna państwa i kolonie, o których istnieniu nie wiedziałam, potrafi narysować prawię każdą flagę.    
            
                             
 źródło zdjęcia: Internet

Jest w mim wiele zachowań, które można ocenić jako, niestosowne, niegrzeczne. Z boku czasem wygląda to na zachowanie rozpieszczonego dziecka. Rodzić zabrania czegoś, a on zaczyna krzyczeć i płakać. Mylisz — jest rozpieszczony. To nie zawsze prawda, takie dzieci rozumieją inaczej, trudniej im wytłumaczyć co jest stosowne a co nie.

Innym razem zauważasz, że chłopiec zwraca się do wszystkich na Ty myślisz, że jest niewychowany, a on po prostu nie rozumie, dlaczego to niekulturalne, bo przecież do niego wszyscy mówią po imieniu.

Widzisz kobietę z dzieckiem w wieku szkolnym idących przez miasto, nagle dziecko się wyrywa i wybiega na ulice... Zastanawiasz się co z niej za matka, nie nauczyła dziecka podstaw poruszania się poza domem, a to "zaburzenia poczucia bezpieczeństwa”.

Pełen autobus, zwyczajnie wyglądający kilku latek zanosi się od płaczu i krzyczy, że chce siedzieć. Myśl o rozpieszczonych dzieciach znów kłuje gdzieś z tyłu głowy.

Kolejna sytuacja. Plac zabaw jeden z chłopców biega za dziećmi, wyrywa im zabawki, chrupki i znów za nimi biega i piszczy. Rodzić reaguje, chwile jest spokój i znów to samo, w końcu matka słyszy Proszę trzymać tego dzikusa z dala od dzieci"... Oceniasz. JA też to robiłam... przecież dziecko wygląda normalnie... Jest tylko niegrzeczne... otóż nie zawsze. Autyzmu nie widać fizycznie, (jak np. dzieci z Zespołem Downa) z początku też nie widać „innych” zachowań. Dlatego rodzicom takich dzieci jest trudniej, nie chcą tłumaczyć każdemu z osobna, że dziecko jest ma autyzm, większość ludzi i tak niewiele wie o tej chorobie...

Dobrze wiem, ile razy sama oceniłam rodziców i wrzeszczące dziecko lub płaczącego kilkulatka... ilu z nich było chorych? Nie wiem. Dziś widzę to inaczej, zastanawiam się, analizuję, uśmiecham się i nie zwracam uwagi, nie oceniam. Gdy poznałam MM, o autyzmie wiedziałam niewiele, a o zespole Aspergera jeszcze mniej... Teraz wiem więcej, choć wciąż za mało...

Może akurat, to krzyczące na ulicy dziecko ma autyzm? Albo to, które uczepiło się twojego w parku? Nie wiesz? Nie oceniaj!

źródło zdjęcia: Internet

Jako źródło fotografii wpisałam internet, ponieważ zdjęcia pojawiały się wielokrotnie i zawsze bez wspomnienia o ich autorze.

piątek, 22 maja 2015

''Mój syn będzie łamał waszym córkom serca,a synom szczęki,''

''Mój syn będzie łamał waszym córkom serca, a synom szczęki".

Coraz częściej widzę ten cytat na tablicach różnych portali społecznościowych u mam chłopców i za każdym razem nachodzi mnie ta sama myśl: Czy te kobiety naprawdę chcą wychować swoich synów na dupków? Czy jako matki chcą, żeby ci chłopcy nie mieli szacunku do nikogo? Mają w przyszłości skakać z przysłowiowego kwiatka na kwiatek i wdawać w bójki z byle powodu?

Jak można chcieć, żeby dziecko wyrosło na osobę agresywną i niewrażliwą na uczucia innych?

Facet/chłopak ma być twardy i nie dać sobie w kasze dmuchać? Rozumiem, naprawdę! Sama mam syna, małego jeszcze, bo Dennis ma dopiero 3 lata, ale od kiedy tylko pamiętam, staram się uczyć go szacunku, wrażliwości i empatii. Nie chce, żeby myślał, że kobiety to zabawki, a agresja jest rozwiązaniem problemu.

Ma być twardy, asertywny i mieć swoje zdanie, ale chcę, żeby wyrósł na dobrego człowieka, który liczy się z uczuciami innych. Opanowanego faceta, który uderzy tylko w obronie swojej lub bliskich.

Zastanówcie się mamy czy chciałybyście mieć męża/partnera co ma głęboko w poważaniu wasze uczucia, zdradza na prawo i lewo a przy co drugim wyjściu na miasto obija komuś buźkę ?NIE? To dlaczego na takich mężczyzn chcecie wychować swoich synów?

To takie fajne, gdy w wieku nastu lat wasz syneczek co weekend będzie przyprowadzał inną dziewczynę, nie martwiąc się, czy poprzednia cierpi? A może będziecie dumne, kiedy dyrektor wezwie was na kolejne spotkanie, bo chłopak znów pobił kolegę z równoległej klasy? Fajnie co? Duma rozpiera? Mnie byłoby wstyd, bo niczego tak bardzo nie chce, jak tego,by mój syn w przyszłości był dobrym, szczęśliwym człowiekiem.

źródło:xdpedia.com

poniedziałek, 18 maja 2015

Każdy potrzebuję urlopu.

         S. wyjechał w sobotę wieczorem, dziś jest poniedziałek, godzina 11:19 a ja co robię? A no leżę w łóżku, w piżamie, pijąc kolejną kawę.

Od wyjazdu S mam urlop, uważam, że należy mi się. Nie biegam ze ścierką, nie gotuje obiadów, leże, czytam, oglądam bajki i bawię się z D. To nie tak, że mam w domu chlew a dziecko biega głodne. Obiad jemy z gotowców, wczoraj były łazanki, dziś mamy spaghetti, jutro jeszcze nie wiem. Sprzątam tyle, co muszę, w pokoju D. od wczoraj leżą rozrzucone zabawki. On też ma urlop, może dłużej chodzić w piżamie, zjeść na kolacje frytki, wypić kolejny kubek kakao.

Nie mam wyrzutów sumienia, bo dlaczego mam mieć? Czy jak ktoś bierze zasłużony urlop w pracy, to je ma? Nie chce odpocząć od syna, od rodziny od bycia mamą, ale codzienna rutyna jest męcząca.

Na co dzień jest u nas klasyczny podział obowiązków, S. pracuje i zarabia na utrzymanie rodziny, ja, póki ci od ponad roku zajmuję się domem i wychowuje synka. Dbam o moich chłopaków i uwaga NIE WYMAGAM OD S. ŻEBY POMAGAŁ MI W OBOWIĄZKACH DOMOWYCH. S mi pomaga raz więcej raz mniej, z małym spędza czasu bardzo dużo. Mogę spokojnie wyjść do koleżanki na kawę, gdy S. jest w domu, od czasu do czasu wychodzę na babskie wieczory, ale czasem potrzebuję kilku dni lenistwa, słodkiego nic nierobienia, chodzenia po domu bez makijażu i w dresie.

MAMY, BABCIE, KOBIETY! Nie bójcie się czasem odpuścić! Dom nie zawsze musi być sterylnie czysty, a maluch raz kiedyś może zjeść gotowe pierogi albo makaron. Urlop należy się każdemu, kobietą pracującym w domu też! Krzywdy nikomu nie , energia i uśmiech wrócą.

sobota, 16 maja 2015

ON

Wiecie, to już prawie siedem lat, od kiedy poznałam S.

Był taki zwyczajny, że aż wyjątkowy.

Nie prawił pustych komplementów, nie chwalił się podbojami. Mówił niewiele, ale patrzył zza okularów tymi szalenie niebieskimi oczami. Nie miałam wtedy nawet szesnastu lat, on też nie. Byliśmy dzieciakami z jednego miasta, jednej dzielnicy przez pół życia. Mieliśmy mnóstwo wspólnych znajomych, a jednak poznaliśmy się dopiero w szkole zawodowej. Nie czułam przy nim wybuchów fajerwerków ani motyli w brzuchu. Czułam bezpieczeństwo, którego zawsze tak bardzo mi brakowało.

Dziś jest podobnie, choć tak wiele się zmieniło. Nadal uwielbiam chować się przed światem w jego ramionach. Wtulać się w jego bluzę, gdy nie ma go obok. Jest trudniej. Muszę dzielić moją miłość między nim a małym D. Muszę dzielić się jego miłością. Problemy czasem przytłaczają, zdarzają się kłótnię. Krzyczę, mam go dosyć, wychodzę, trzaskam drzwiami, odpalam papierosa, wracam, bo wiem, że nie znajdę lepszego.

Nie jest idealny, ja też nie jestem. Nasz związek nie jest, a nawet D. trochę do ideału brakuję. Perfekcją jesteśmy dopiero my. Jego rozsądek i moja rozrzutność. Moja dzikość i jego spokój. Realizm i marzycielstwo. Dopełniamy się, a nasz syn dopełnia nas.

Jest cudownym ojcem, połączeniem przyjaciela i autorytetu, Kocha syna bezgranicznie, wiem to. Słyszę, jak co wieczór wchodzi do pokoju D. i szepcze kocham Cię synku". Widzę jak leżą w naszym sypialnianym łóżku i oglądają bajki, jak maleńka rączka naszego chłopca wsuwa się w jego silną dłoń, jak mimo zmęczenia buduje kolejny tunel z klocków, puszcza serie baniek mydlanych. Jak piją w ciszy kakao. To niesamowite uczucie, gdy wiesz. że dla partnera dziecko jest takim samym cudem jak dla ciebie.

Dziś, gdy wyjechał, pierwszy raz od prawie trzech lat, gdy wiem, że go nie ma, że nie wróci zaraz z pracy - czuje pustkę, a jednocześnie radość.

Prawdziwym darem od życia było to, że go znalazłam, że zaakceptował mnie mimo wad. Pokochał i trwa przy mnie niezmiennie, cierpliwie... obdarza mnie ogromem miłości i ciepła, o jakim marzy niejedna kobieta.

poniedziałek, 11 maja 2015

Tata-pierwszy bohater syna.

D. jest „tatowy” od malutkiego. Nie licząc pierwszego pół roku życia, zawsze był za tatusiem. Kocha mnie, wiem to na pewno. To do mnie przebiega, gdy się przewróci, gdy jest głodny lub zmęczony, ale S. jest jego wzorem zawsze, tak było.
Ich więź jest inna, chyba łatwiejsza. Gdy D. miał rok, S. zabierał go w auto i jechali, nie wiem gdzie, nigdy nie pytałam, to był ich czas.
Czasem nie było ich godzinę kiedy indziej znacznie dłużej, wracali zadowoleni. Zawsze. Mały woli bawić się z tatą, nie będę tego ukrywać. Moje zabawy są fajnie, rysowanie, wieże z klocków, tańce. Taty są lepsze, S. pozwala zanurzyć palce w farbkach i malować po kartkach, rekach a czasem i po brzuch. Lać wodę z węża na ogrodzie, robić kałuże a później w nich skakać na boso.
Z tatą można trawę kosić, bawić się pianą przy myciu samochodu, no i zawsze jest, gdy trzeba naprawić rękę robota albo auto. Buduje najlepsze mosty dla pociągów i czasem pozwala grać na PlayStation. Ich wzajemna miłość jest prawie namacalna, czuć i widać ją wszędzie.

Często słyszę „synek mamusi”, „córeczka tatusia". U nas jest inaczej, moi mężczyźni mają ze sobą wspaniały kontakt.

Wydaje mi się, że łączy ich coś, czego nigdy nie zrozumiem, coś, co może łączyć tylko ojca i syna.

piątek, 8 maja 2015

Co z tą kulturą?



W ostatnim czasie zauważyłam duży spadek poziomu kultury. Nie u młodzieży, nastolatków czy dzieci, ale u rodziców.

Jak tylko pojawia się dyskusja na jakikolwiek temat tam zaraz widać obrażających się nawzajem rodziców.
Ja wszystko rozumiem, nikt nie jest idealny i ja też nie ale wydaje mi się, że dyskutując z drugą osobą, powinno się zachować przyzwoity poziom wypowiedzi. Przecież, nawet jeśli ktoś ma odmienne zdanie, to należy mu się szacunek.Nie lepiej przedstawić swoje racje za pomocą argumentów i w kulturalny sposób?
Przy ostatniej dyskusji (w internetowej grupie dla rodziców) na temat długiego karmienia piersią jedna z pań napisała tak.

„To zboczenie i pedofilia a ta mama to idiotka tak jak jej syn”

Było sporo wypowiedzi na podobnym poziomie.

Owszem znalazło się kilka komentarzy napisanych z szacunkiem i kulturą, jednak były one w mniejszości.

Ja czytając posty i komentarze, w których więcej obelg niż treści mam wrażenie, że osoby, która je piszą, zwyczajnie nie mają argumentów lub słabo znają się na temacie, a chcą zabłysnąć.

Brak kultury idzie zauważyć wszędzie na placu zabaw, w sklepie.

Wypowiedzi typu

„Co za rozpieszczony dzieciak, drze się jak poj***ny”Niech twój bachor odda naszą piłkę” słyszę coraz częściej.

Skąd w ludziach tyle złości?

Zastanawiam się, co by powiedzieli rodzice, gdyby ich usłyszeli? Co zrobiliby oni, gdyby ich dzieci wypowiadały podobne zdania? Byliby źli, zawstydzeni a może...dumni?

Na poprawę humoru po niezbyt przyjemnym temacie wrzucam kilka naszych zdjęć.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.