piątek, 29 maja 2015

Uczę się siebie od nowa

Gdy tylko zaczęłam myśleć o byciu mamą i później, gdy już byłam w ciąży, miałam jasny obraz macierzyństwa. Nie taki słodki i cukierkowy jak w reklamach produktów dla dzieci, ale czysty i wyraźny. Wszystko wydawało się proste: Karmienie, przewijanie, kąpiele, spacery i... wychowanie dziecka. O ile wszystkich czynności pielęgnacyjnych można się zwyczajnie nauczyć to wychowywania dziecka niestety nie.


Kiedy urodził się Dennis, część znajomych mówiła, że początki są najgorsze, że jeśli przetrwam pierwszy rok, to będzie już coraz łatwiej. Byłam naiwna, wierząc w to. Owszem pierwsze 6 tygodni po porodzie to był koszmar, walka o każdą minute snu, ale później było całkiem spokojnie. Noce przesypialiśmy, bobas spał i jadł regularnie. Nawet ząbkowanie przeszło bezboleśnie. Jest tak, jak być powinno, panuje nad sytuacją"-myślałam. Myliłam się, poczucie opanowania sytuacji było chwilowe. Syn zaczął chodzić, a raczej biegać, nie szło go utrzymać w wózku, więc krzyczał, a ja wiedziałam, że wszystko wymyka mi się spod kontroli. Przy każdej próbie utrzymania go w wózku (np.jadąc autobusem) mój aniołek darł się, jak by go ze skóry obdzierali, a ja czułam przeszywające spojrzenia ludzi. Minęły dwa może trzy miesiące...było jakby lepiej, a może to ja się przyzwyczaiłam? Nagle bez żadnego powodu moje dziecko coś opętało, na każde moje słowo/zdanie/prośbę ten mały śliczny blondynek wpadał w histerie. Nie wiedziałam co robić, żałowałam, że jestem mamą, czułam, że się do tego nie nadaje i robię krzywdę swojemu dziecku.

S. znalazł sposób na ataki histerii, sadzał krzykacza i kazał siedzieć tak długo, aż się nie uspokoi, a później spokojnie tłumaczył co, jak i dlaczego. Starałam się robić tak samo, jednak różniliśmy się tym, że S. sadzał małego i wracał do picia kawy, a ja wylewałam może łez, kolejny raz myśląc, że jestem do dupy, a mój syn mnie nienawidzi. Przeszło po około pół roku. Dalej w kolejności były problemy z przystosowaniem do przedszkola, z treningiem czystości, wyjściem z placu zabaw. Kilka miesięcy temu znów odetchnęłam z ulgą. Bunt dwulatka minął, a ja wierzyłam, że będzie lepiej. Nic bardziej mylnego. W ostatnim czasie poznałam co to asertywność level hard. To moment, gdy dziecko prosi o kolejny słodycz, a ty odmawiasz z pełną świadomością, że zaraz zacznie się dramat, są łzy, smutne miny i rozpacz, nie ustąpisz? Ok nie ma sprawy, do akcji wkracza gniew, krzyk i obraza. Zaraz usłyszę od kogoś „Jak wychowałaś, tak masz” jasne to cała prawda, ale o ile nie sprawia mi problemu odmówienie czegoś sobie, narzeczonemu, znajomej czy mamie to gdy prosi D. cholernie ciężko powiedzieć Nie". Wiem, że to dla jego dobra, ale gdzieś w mojej chorej podświadomości siedzi okropna myśl, gdy on płacze - Znienawidzi Cię, robisz mu krzywdę, nie powinien tak płakać




Wciąż się uczę, uczę się siebie na nowo. Nigdy wcześniej nie wpadłabym na to, że moje dziecko będzie płakać przez ze mnie, nie myślałam o tym, że spróbuje coś wymusić, a ja będę musiała być twarda. Nie przyszło mi do głowy, że będę płakać, gdy wróci z przedszkola i przytulony zaśpiewa „Twinkle, Twinkle little star” Nie wiedziałam, że macierzyństwo to tyle trudu i energii poświęconej dla miłości. Ciągłe poznawanie siebie od początku, swoich uczuć, emocji i obaw. Czas, kiedy kochasz mocniej, krzyczysz głośniej, płaczesz dłużej, boisz się bardziej.

poniedziałek, 25 maja 2015

Podaruj dziecku siebie

          Serfuje po internecie, co rusz natykając się na top listy najlepszych/najgorszych prezentów z okazji dnia dziecka. Każda strona to kolejny zbiór wymyślnych zabawek i gadżetów, a gdyby tak nie kupić nic? Zadzwonić do szefa, wziąć jeden dzień wolnego i podarować dziecku siebie tak na 24 godziny. Być tego dnia wyłącznie dla naszych pociech, pozwolić im wybrać rozrywki, menu i zaplanować dzień po ich myśli. Zjeść na obiad okropnie słodkie naleśniki, frytki, pizze lub inne świństwo". Rozmawiać z dzieckiem o błahostkach, na które w codziennym biegu nie mamy czasu, leżeć z miską popcornu oglądając kolejny odcinek nudnej (dla nas) świnki Peppy.
Fot. Fotolia
Mało prawdopodobne, że za 10 czy 15 lat nasze dzieci będą pamiętać prezenty z każdego roku na święta, urodziny i dzień dziecka, bo my też nie pamiętamy, że w '99 na dzień dziecka dostaliśmy klocki, lalkę czy koparkę. Taki dzień może być pięknym wspomnieniem nawet po wielu latach, udowodnieniem, że w natłoku obowiązków, rodzice znaleźli czas, czas by być...tylko rodzicami. Nie mężem, żoną, szefem, pracownikiem, córką, ale MAMĄ i TATĄ. Zapamiętają dzień, który był taki jak chcieli, że tata znalazł czas, żeby godzinami grać w piłkę a mama nie złościła się o rozdarte spodnie. Może tego dnia mama walcząca o zdrowe odżywianie pozwoli zjeść dużą porcję lodów przed obiadem, a tata pozwoli iść spać godzinę później.

 Fot. sxc.hu
U nas właśnie tak wyglądał dzień dziecka rok i dwa lata temu, w tym roku będzie podobnie. Wyłączymy telefony, zjemy śniadanie w łóżku, pojedziemy na wycieczkę. Będziemy rodziną bez obowiązków, myślenia o pracy, bez zmartwień i problemów. Zjemy smaczny obiad, nie zwracając uwagi na wartości odżywcze, znów będziemy oglądać w kółko 3 odcinki myszki Miki, które D. uwielbia...

Podarujmy dzieciom bezcenny prezent....siebie i czas.
Foto: ronen-frieman/Flickr

niedziela, 24 maja 2015

Autyzm oczami widza

Spędziłam 10 dni pod jednym dachem z 7-letnim autystycznym chłopcem, to doświadczenie zmieniło moje spojrzenie na niektóre sytuację. Chcę się z wami tym podzielić

MM jest autystą, ma zespół Aspergera nazywany też autyzmem inteligentnym. Nie objaśnię wam, na czym dokładnie polega ta zaburzenie, więc odsyłam was tutaj. Nie chcę pisać o rzeczach, na których temat wiem niewiele, chce opowiedzieć tu, jak to wygląda z boku.

Pierwsze co pomyślałam po rozmowie z MM, to było takie „wow co za inteligentne dziecko”. Chłopiec ma niesamowitą wiedzę na temat astronomii, planet i gwiazd poza naszym układem słonecznym. Zna państwa i kolonie, o których istnieniu nie wiedziałam, potrafi narysować prawię każdą flagę.    
            
                             
 źródło zdjęcia: Internet

Jest w mim wiele zachowań, które można ocenić jako, niestosowne, niegrzeczne. Z boku czasem wygląda to na zachowanie rozpieszczonego dziecka. Rodzić zabrania czegoś, a on zaczyna krzyczeć i płakać. Mylisz — jest rozpieszczony. To nie zawsze prawda, takie dzieci rozumieją inaczej, trudniej im wytłumaczyć co jest stosowne a co nie.

Innym razem zauważasz, że chłopiec zwraca się do wszystkich na Ty myślisz, że jest niewychowany, a on po prostu nie rozumie, dlaczego to niekulturalne, bo przecież do niego wszyscy mówią po imieniu.

Widzisz kobietę z dzieckiem w wieku szkolnym idących przez miasto, nagle dziecko się wyrywa i wybiega na ulice... Zastanawiasz się co z niej za matka, nie nauczyła dziecka podstaw poruszania się poza domem, a to "zaburzenia poczucia bezpieczeństwa”.

Pełen autobus, zwyczajnie wyglądający kilku latek zanosi się od płaczu i krzyczy, że chce siedzieć. Myśl o rozpieszczonych dzieciach znów kłuje gdzieś z tyłu głowy.

Kolejna sytuacja. Plac zabaw jeden z chłopców biega za dziećmi, wyrywa im zabawki, chrupki i znów za nimi biega i piszczy. Rodzić reaguje, chwile jest spokój i znów to samo, w końcu matka słyszy Proszę trzymać tego dzikusa z dala od dzieci"... Oceniasz. JA też to robiłam... przecież dziecko wygląda normalnie... Jest tylko niegrzeczne... otóż nie zawsze. Autyzmu nie widać fizycznie, (jak np. dzieci z Zespołem Downa) z początku też nie widać „innych” zachowań. Dlatego rodzicom takich dzieci jest trudniej, nie chcą tłumaczyć każdemu z osobna, że dziecko jest ma autyzm, większość ludzi i tak niewiele wie o tej chorobie...

Dobrze wiem, ile razy sama oceniłam rodziców i wrzeszczące dziecko lub płaczącego kilkulatka... ilu z nich było chorych? Nie wiem. Dziś widzę to inaczej, zastanawiam się, analizuję, uśmiecham się i nie zwracam uwagi, nie oceniam. Gdy poznałam MM, o autyzmie wiedziałam niewiele, a o zespole Aspergera jeszcze mniej... Teraz wiem więcej, choć wciąż za mało...

Może akurat, to krzyczące na ulicy dziecko ma autyzm? Albo to, które uczepiło się twojego w parku? Nie wiesz? Nie oceniaj!

źródło zdjęcia: Internet

Jako źródło fotografii wpisałam internet, ponieważ zdjęcia pojawiały się wielokrotnie i zawsze bez wspomnienia o ich autorze.

piątek, 22 maja 2015

''Mój syn będzie łamał waszym córkom serca,a synom szczęki,''

''Mój syn będzie łamał waszym córkom serca, a synom szczęki".

Coraz częściej widzę ten cytat na tablicach różnych portali społecznościowych u mam chłopców i za każdym razem nachodzi mnie ta sama myśl: Czy te kobiety naprawdę chcą wychować swoich synów na dupków? Czy jako matki chcą, żeby ci chłopcy nie mieli szacunku do nikogo? Mają w przyszłości skakać z przysłowiowego kwiatka na kwiatek i wdawać w bójki z byle powodu?

Jak można chcieć, żeby dziecko wyrosło na osobę agresywną i niewrażliwą na uczucia innych?

Facet/chłopak ma być twardy i nie dać sobie w kasze dmuchać? Rozumiem, naprawdę! Sama mam syna, małego jeszcze, bo Dennis ma dopiero 3 lata, ale od kiedy tylko pamiętam, staram się uczyć go szacunku, wrażliwości i empatii. Nie chce, żeby myślał, że kobiety to zabawki, a agresja jest rozwiązaniem problemu.

Ma być twardy, asertywny i mieć swoje zdanie, ale chcę, żeby wyrósł na dobrego człowieka, który liczy się z uczuciami innych. Opanowanego faceta, który uderzy tylko w obronie swojej lub bliskich.

Zastanówcie się mamy czy chciałybyście mieć męża/partnera co ma głęboko w poważaniu wasze uczucia, zdradza na prawo i lewo a przy co drugim wyjściu na miasto obija komuś buźkę ?NIE? To dlaczego na takich mężczyzn chcecie wychować swoich synów?

To takie fajne, gdy w wieku nastu lat wasz syneczek co weekend będzie przyprowadzał inną dziewczynę, nie martwiąc się, czy poprzednia cierpi? A może będziecie dumne, kiedy dyrektor wezwie was na kolejne spotkanie, bo chłopak znów pobił kolegę z równoległej klasy? Fajnie co? Duma rozpiera? Mnie byłoby wstyd, bo niczego tak bardzo nie chce, jak tego,by mój syn w przyszłości był dobrym, szczęśliwym człowiekiem.

źródło:xdpedia.com

poniedziałek, 18 maja 2015

Każdy potrzebuję urlopu.

         S. wyjechał w sobotę wieczorem, dziś jest poniedziałek, godzina 11:19 a ja co robię? A no leżę w łóżku, w piżamie, pijąc kolejną kawę.

Od wyjazdu S mam urlop, uważam, że należy mi się. Nie biegam ze ścierką, nie gotuje obiadów, leże, czytam, oglądam bajki i bawię się z D. To nie tak, że mam w domu chlew a dziecko biega głodne. Obiad jemy z gotowców, wczoraj były łazanki, dziś mamy spaghetti, jutro jeszcze nie wiem. Sprzątam tyle, co muszę, w pokoju D. od wczoraj leżą rozrzucone zabawki. On też ma urlop, może dłużej chodzić w piżamie, zjeść na kolacje frytki, wypić kolejny kubek kakao.

Nie mam wyrzutów sumienia, bo dlaczego mam mieć? Czy jak ktoś bierze zasłużony urlop w pracy, to je ma? Nie chce odpocząć od syna, od rodziny od bycia mamą, ale codzienna rutyna jest męcząca.

Na co dzień jest u nas klasyczny podział obowiązków, S. pracuje i zarabia na utrzymanie rodziny, ja, póki ci od ponad roku zajmuję się domem i wychowuje synka. Dbam o moich chłopaków i uwaga NIE WYMAGAM OD S. ŻEBY POMAGAŁ MI W OBOWIĄZKACH DOMOWYCH. S mi pomaga raz więcej raz mniej, z małym spędza czasu bardzo dużo. Mogę spokojnie wyjść do koleżanki na kawę, gdy S. jest w domu, od czasu do czasu wychodzę na babskie wieczory, ale czasem potrzebuję kilku dni lenistwa, słodkiego nic nierobienia, chodzenia po domu bez makijażu i w dresie.

MAMY, BABCIE, KOBIETY! Nie bójcie się czasem odpuścić! Dom nie zawsze musi być sterylnie czysty, a maluch raz kiedyś może zjeść gotowe pierogi albo makaron. Urlop należy się każdemu, kobietą pracującym w domu też! Krzywdy nikomu nie , energia i uśmiech wrócą.

sobota, 16 maja 2015

ON

Wiecie, to już prawie siedem lat, od kiedy poznałam S.

Był taki zwyczajny, że aż wyjątkowy.

Nie prawił pustych komplementów, nie chwalił się podbojami. Mówił niewiele, ale patrzył zza okularów tymi szalenie niebieskimi oczami. Nie miałam wtedy nawet szesnastu lat, on też nie. Byliśmy dzieciakami z jednego miasta, jednej dzielnicy przez pół życia. Mieliśmy mnóstwo wspólnych znajomych, a jednak poznaliśmy się dopiero w szkole zawodowej. Nie czułam przy nim wybuchów fajerwerków ani motyli w brzuchu. Czułam bezpieczeństwo, którego zawsze tak bardzo mi brakowało.

Dziś jest podobnie, choć tak wiele się zmieniło. Nadal uwielbiam chować się przed światem w jego ramionach. Wtulać się w jego bluzę, gdy nie ma go obok. Jest trudniej. Muszę dzielić moją miłość między nim a małym D. Muszę dzielić się jego miłością. Problemy czasem przytłaczają, zdarzają się kłótnię. Krzyczę, mam go dosyć, wychodzę, trzaskam drzwiami, odpalam papierosa, wracam, bo wiem, że nie znajdę lepszego.

Nie jest idealny, ja też nie jestem. Nasz związek nie jest, a nawet D. trochę do ideału brakuję. Perfekcją jesteśmy dopiero my. Jego rozsądek i moja rozrzutność. Moja dzikość i jego spokój. Realizm i marzycielstwo. Dopełniamy się, a nasz syn dopełnia nas.

Jest cudownym ojcem, połączeniem przyjaciela i autorytetu, Kocha syna bezgranicznie, wiem to. Słyszę, jak co wieczór wchodzi do pokoju D. i szepcze kocham Cię synku". Widzę jak leżą w naszym sypialnianym łóżku i oglądają bajki, jak maleńka rączka naszego chłopca wsuwa się w jego silną dłoń, jak mimo zmęczenia buduje kolejny tunel z klocków, puszcza serie baniek mydlanych. Jak piją w ciszy kakao. To niesamowite uczucie, gdy wiesz. że dla partnera dziecko jest takim samym cudem jak dla ciebie.

Dziś, gdy wyjechał, pierwszy raz od prawie trzech lat, gdy wiem, że go nie ma, że nie wróci zaraz z pracy - czuje pustkę, a jednocześnie radość.

Prawdziwym darem od życia było to, że go znalazłam, że zaakceptował mnie mimo wad. Pokochał i trwa przy mnie niezmiennie, cierpliwie... obdarza mnie ogromem miłości i ciepła, o jakim marzy niejedna kobieta.

poniedziałek, 11 maja 2015

Tata-pierwszy bohater syna.

D. jest „tatowy” od malutkiego. Nie licząc pierwszego pół roku życia, zawsze był za tatusiem. Kocha mnie, wiem to na pewno. To do mnie przebiega, gdy się przewróci, gdy jest głodny lub zmęczony, ale S. jest jego wzorem zawsze, tak było.
Ich więź jest inna, chyba łatwiejsza. Gdy D. miał rok, S. zabierał go w auto i jechali, nie wiem gdzie, nigdy nie pytałam, to był ich czas.
Czasem nie było ich godzinę kiedy indziej znacznie dłużej, wracali zadowoleni. Zawsze. Mały woli bawić się z tatą, nie będę tego ukrywać. Moje zabawy są fajnie, rysowanie, wieże z klocków, tańce. Taty są lepsze, S. pozwala zanurzyć palce w farbkach i malować po kartkach, rekach a czasem i po brzuch. Lać wodę z węża na ogrodzie, robić kałuże a później w nich skakać na boso.
Z tatą można trawę kosić, bawić się pianą przy myciu samochodu, no i zawsze jest, gdy trzeba naprawić rękę robota albo auto. Buduje najlepsze mosty dla pociągów i czasem pozwala grać na PlayStation. Ich wzajemna miłość jest prawie namacalna, czuć i widać ją wszędzie.

Często słyszę „synek mamusi”, „córeczka tatusia". U nas jest inaczej, moi mężczyźni mają ze sobą wspaniały kontakt.

Wydaje mi się, że łączy ich coś, czego nigdy nie zrozumiem, coś, co może łączyć tylko ojca i syna.

piątek, 8 maja 2015

Co z tą kulturą?



W ostatnim czasie zauważyłam duży spadek poziomu kultury. Nie u młodzieży, nastolatków czy dzieci, ale u rodziców.

Jak tylko pojawia się dyskusja na jakikolwiek temat tam zaraz widać obrażających się nawzajem rodziców.
Ja wszystko rozumiem, nikt nie jest idealny i ja też nie ale wydaje mi się, że dyskutując z drugą osobą, powinno się zachować przyzwoity poziom wypowiedzi. Przecież, nawet jeśli ktoś ma odmienne zdanie, to należy mu się szacunek.Nie lepiej przedstawić swoje racje za pomocą argumentów i w kulturalny sposób?
Przy ostatniej dyskusji (w internetowej grupie dla rodziców) na temat długiego karmienia piersią jedna z pań napisała tak.

„To zboczenie i pedofilia a ta mama to idiotka tak jak jej syn”

Było sporo wypowiedzi na podobnym poziomie.

Owszem znalazło się kilka komentarzy napisanych z szacunkiem i kulturą, jednak były one w mniejszości.

Ja czytając posty i komentarze, w których więcej obelg niż treści mam wrażenie, że osoby, która je piszą, zwyczajnie nie mają argumentów lub słabo znają się na temacie, a chcą zabłysnąć.

Brak kultury idzie zauważyć wszędzie na placu zabaw, w sklepie.

Wypowiedzi typu

„Co za rozpieszczony dzieciak, drze się jak poj***ny”Niech twój bachor odda naszą piłkę” słyszę coraz częściej.

Skąd w ludziach tyle złości?

Zastanawiam się, co by powiedzieli rodzice, gdyby ich usłyszeli? Co zrobiliby oni, gdyby ich dzieci wypowiadały podobne zdania? Byliby źli, zawstydzeni a może...dumni?

Na poprawę humoru po niezbyt przyjemnym temacie wrzucam kilka naszych zdjęć.

wtorek, 5 maja 2015

Zatrzymaj się!


Kocham Cię, dwa proste słowa mówiące tak wiele.

Jak często mówicie partnerowi/partnerce (mąż /żona), że ich kochacie? Pewnie co najmniej raz dziennie.

A jak często mówicie to dzieciom? Jak często przytulacie swoje maluchy bez konkretnego powodu? Jak często poświęcacie im czas, zwyczajnie siadając na podłodze i układając klocki czy ubierając lalki?

Wiem, nie jest to szczególnie interesujące i zabawne, ale dziecko tego potrzebuje!

Bycie rodzicem to nie tylko Karmienie, ubieranie, mycie, przewijanie, odrabianie prac domowych i dbanie o zdrowie naszych pociech.

Dzieci potrzebują uwagi i miłości, nie zależnie od wieku. Potrzebują czuć, że jesteście obecni w ich życiu, a nie tylko wykonujecie obowiązkowe czynności.

Czasem wystarczy pół godziny zabawy z dzieckiem, by poczuło, że jesteście obok. Nie tylko dlatego, że musicie, ale dlatego, że chcecie. Może to być krótka bajka przed snem lub rozmowa ze starszym dzieckiem.

Zwyczajne przytulenie i słowa „kocham Cię” zatrzymane gdzieś w biegu dnia albo buziak rano na miły początek dnia, wspólny posiłek.

Jest tyle okazji, by pokazać naszym dzieciom, jakie są dla nas ważne, więc wykorzystujmy je, jak tylko możemy.

Często w codziennym biegu zapominamy o najbliższych i mechanicznie wykonujemy obowiązki, a czasem warto się zatrzymać, bo powiedzieć zwyczajnie.

Kocham Cię synku/Córeczko.

niedziela, 3 maja 2015

4 nasze ulubione książki do czytania przed snem.

Wielokrotnie zapytano mnie, co czytam D na dobranoc i jak to jest, że tak małe dziecko spokojnie leży, słuchając bajek.

W związku z tym postanowiłam zrobić zestawienie 4 naszych ulubionych wieczornych czytanek.


Miejsce4

„Lokomotywa i inne wiersze” - Julian Tuwim



 Moim zdaniem idealne na rozpoczęcie przygody z wieczornym czytaniem. Utwory są krótkie, dźwięczne i w sam raz dla niecierpliwego malucha. Książeczka jest formatu kieszonkowego w twardej oprawie z papierowymi stronami.


 

Miejsce 3


Najpiękniejsze wiersze dla dzieci” - Jan Brzechwa

   

Zbiór popularnych wierszy i rymowanek dla dzieci różnej długości. Na każdej stronie piękne ilustracje. Format A5, miękka oprawa i papierowe strony.



Miejsce 2

„Poznaje kolory” - Urszula kozłowska.

Muszę przyznać, że D. pokochał tę książkę. Idealna dla maluchów ze względu na twardą oprawę i strony więc dziecko jej nie podrze. Rymowana o powieść o małej owieczce, która szuka mamy. Każda strona to 2 zwrotki opowiadające poszukiwaniach owczej mamy i jednym kolorze. Książka zabiera we wspaniały świat zwierząt i roślin. Mało tekstu, dużo ilustracji i przyjemna forma nauki kolorów.
Miejsce 1

„Bajki na dobranoc” - Różni autorzy.

26 dosyć długich bajek z różnych stron świata. Moim zdaniem bajki nadają się dla nieco starszych dzieci lub takich które, potrafią cierpliwie słuchać. Jest to ulubiona książka D. Uwielbia, gdy mu ją czytam. Znajdują się tam popularne bajki jak „Czerwony Kapturek”, „O wilku i 7 koźlątkach”, ale też bajki mniej znane na przykład Japońska bajka „Małpa i krab” . Dzięki tej książce poznałam bajki inne niż te, które czytałam w dzieciństwie.


Dla tych rodziców, którzy dopiero zaczynają wprowadzać w wieczorny rytuał u swoich dzieci, polecam krótkie rymowanki, bajeczki lub wierszyki a dopiero stopniowo coraz dłuższe. Niech nie zniechęci was to, że maluch nie od razu zainteresuje się słuchaniem i pamiętajcie, to co dla was jest naturalne, dla waszych dzieci często jest nowym, ekscytującym wydarzeniem.
Miłego czytania.

Miłego czytania :)




piątek, 1 maja 2015

Przedszkole też uczy!

Zanim zacznę, nadmienię jeszcze, że mieszkamy w Anglii a przedszkole, do którego chodzi D. Jest tylko dla dzieci od 2 do 3 roku życia i tak naprawdę jest czymś między żłobkiem a przedszkolem.

Mały D. Zaczął Nursery 8 miesięcy temu, był wtedy nierozgarniętym, rozbieganym dwulatkiem.

Post będzie o tym, czego moje dziecko się tam nauczyło:

1.korzystać z nocnika/toalety

I to z dnia na dzień! Pewnego pięknego dnia D. wrócił z przedszkola i zakomunikował potrzebę skorzystania z nocnika. W kilka dni odstawiliśmy pampersy zupełnie, bo w nocy i podczas spaceru też potrafił pokazać, że musi siusiu". Przyznam szczerze, że wcześniej wiele razy próbowałam nauczyć synka korzystania z nocnika lub toalety.
 
2.cierpliwości

Moje dziecko to takie niecierpliwie stworzenie, które wszystko chcę na już. To ON pierwszy musi dostać talerz z obiadem, pierwszy musi umyć rączki, wejść do domu itd.

Nieraz w duszy przeklinałam, gdy plątał się pod nogami, a ja szykowałam posiłek. Nie potrafił cierpliwie czekać przy stole. Po kilku tygodniach chodzenia do przedszkola ku mojemu zdziwieniu na prośbę „Usiądź przy stole i poczekaj” po prostu to zrobił.

3. Zainteresowania tańcem/śpiewem/rysowaniem
Wcześniej kredki dla D. Mogły nie istnieć, piosenki dla dzieci go nie interesowały. Dziś mam szufladę wypełnioną pracami plastycznymi. Znam na pamięć Twinkle, twinkle Little star"i kilka innych piosenek, bo mimo swojej słabej mowy mój przedszkolak śpiewa je kilkanaście razy dziennie, wykonując charakterystyczne ruchy, których uczą w przedszkolu.

4.dzielenia się

D. Jako jedynak nie lubił się dzielić zabawkami. Pozwalał bawić się swoimi rzeczami tylko wybranym, kuzynowi, ulubionemu koledze, tacie i jeszcze kilku osobą. Teraz jest lepiej, w przedszkolu z ochotą się dzieli, a nawet pożycza innemu dziecku zabawki przeniesione z domu.

Pewnie znalazłoby się jeszcze kilka umiejętności, jakie D. Zdobył w tym okresie, ale podałam te, które na pewno są zasługa przedszkola.

Oczywiście wszystko ma swoje plusu i minusy wiec, żeby nie było, że pokazuje wszystko w samych superlatywach, to przyznam, że jesienią i zimą był chory więcej razy niż przez resztę swojego życia, wieczny katar kaszel i różnego rodzaju infekcje towarzyszyły nam przez dobre 4 miesiące praktycznie cały czas, nie licząc krótkich przerw.
Uważam, że takie przedszkole to super sprawą zarówno dla dzieci, które lepiej rozwijają się wśród rówieśników i pod okiem pedagogów, ale też dla rodziców, którzy mają dla siebie nieco więcej czasu.

A no i nie pisałam chyba jeszcze, że na słowa „dzieci” i „przedszkole” D. Reaguje przynoszeniem butów i skakaniem z radości.

Do przedszkola D. zazwyczaj śmiga na rowerze lub hulajnodze.

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.