czwartek, 25 czerwca 2015

Zaczekaj, nauczy się.

W życiu każdej mamy przychodzi taki moment, gdy zastanawia się, czy dziecko dobrze się rozwija. Myśli, czy maluch powinien już chodzić, mówić albo jeść samodzielnie. Rodzice szukają odpowiedzi wśród rodziny, znajomych a czasem w internecie. Nie widzę w tym nic złego, bo jak ktoś mądry powiedział „Kto pyta, nie błądzi”, ale zazwyczaj pada takie zdanie „Zaczekaj, nauczy się” jako odpowiedź na rodzicielskie wątpliwości.

Pomysł czekania jest nie najlepszym rozwiązaniem. Nie mówię tu, żeby dziecko, które nie chodzi stawiać na nogi na siłę, ale jeśli przyjmuje się, że dziecko powinno zacząć chodzić do 18 miesiąca życia, a twoje ma 17 i nie podejmuje prób samodzielnego stawiania kroków, to NIE WAHAJ SIĘ I IDŹ DO LEKARZA.

Twój dwulatek mówi 5-10 słów zamiast oczekiwanych 50? Trzylatek nadal nie składa zdań? ZAPISZ DZIECKO DO LOGOPEDY. Nie słuchaj tłumaczeń, że zacznie mówić, jak pójdzie do przedszkola albo, kuzyn ciotki Zosi zaczął mówić w wieku 5 lat i jest ok. Nie jest! Na zaburzenia mowy ma wpływ wiele czynników (nawet popularne przerośnięte migdałki).

Żródło:Internet

Nie chodzi o to, by dziecko rozwijało się książkowo, ale po to są normy rozwoju, żeby rodzic wiedział, kiedy udać się do specjalisty. Co szkodzi zabrać dziecko do Ortopedy, neurologa czy logopedy? Jeśli okaże się, że trzeba poczekać, to pewnie skończy się na jednej wizycie, za to, jak będzie coś nie tak, można zacząć leczenie/terapie odpowiednio wcześnie, a to bardzo ważne.

Powiedzmy, że twoje dziecko nie mówi, a ma skończone dwa lata. Możesz czekać, aż samo zacznie mówić... Albo i nie zacznie, bo to taki trochę ryzyk -fizyk". Możesz też iść do pediatry lub/i logopedy i sprawdzić, czy zaburzenia mowy mają podłoże medyczne. Jeśli okaże się, że nie to wracasz do domu i nie zmienia się nic, ale jak okaże się, że potrzebna jest terapia, to zaczynając ją w wieku 2 lat, jest szansa na to, by maluch dogonił rówieśników, zanim pójdzie do przedszkola.

Lekarze nie gryzą i naprawę nie warto czekać w nie skończoność, aż dziecko zacznie chodzić, mówić, siadać czy korzystać z toalety, czasem potrzebna jest pomoc.

Źródło:Internet

Jeśli chcesz dowiedzieć się, czym zajmuje się logopeda, kiedy warto zabrać tam dziecko lub czy potrzebne jest skierowanie, zapraszam do odwiedzenia linku poniżej.

środa, 24 czerwca 2015

Pierś kontra butelka.

Słoiczki vs gotowanie...

Szczepić czy nie szczepić...


Poród naturalny kontra cesarskie cięcie...


Kupki, zupki, chrzest, zabobony, witaminy, chodziki...


To wszystko to tylko niewielka ilość tematów sporu matek. Jedna, wychwala chodzik...druga już krzyczy, że krzywdę dziecku robi...dziecko jej zabrać trzeba. Jedna nie szczepi, inna karmi piersią do 5 roku życia, różnice zdań w każdej dziedzinie życia to norma. Ja rozumiem, jest wolność słowa,można mówić co się chce, ale po co od razu obrzucać się błotem? Nie rozumiem, dlaczego matki na siłę chcą przekonać inne, że tylko jedno podejście jest słuszne. Po co wmawiają innym kobietom, że jeśli, karmią, butelką, miały cesarkę, czy nie śpią z dzieckiem, to nie nadają się na matki?

Nie rozumiem tych wszystkich nielogicznych stwierdzeń... wywyższania się. Przecież życie i wychowanie dziecka to nie konkurs na matkę roku...nikt nie da medalu, za to ile osób czuje się gorszych od nas.

Czasem mam wrażenie, że te „krzyczące” kobiety mają bardzo niską samoocenę lub nieszczęśliwe życie a w tłamszeniu innych mam znalazły sposób na poprawę nastroju. Jedna drugiej wytyka wszystko...począwszy od tego, w jakim wieku urodziła, przez sposób i wychowania aż kończą się argumenty i prześcigają się, która ma mądrzejsze dziecko czy lepszego męża.

Większość z tych pań pokrzyczy w internecie, na placu zabaw czy pochwali się koleżance i zwyczajnie zapomni, ale są też bardziej wrażliwe mamy, często młode stażem, które zwyczajnie będą się przejmować. W efekcie przestaną słuchać instynktu macierzyńskiego, zaczną czytać miliony książek, wertować internet szukając odpowiedzi na najprostsze pytania....z natłoku sprzecznych informacji, gubiąc się coraz bardziej w pięknie macierzyństwa.

I po co to wszystko?

piątek, 19 czerwca 2015

Czym jest macierzyństwo?

     Macierzyństwo... Mówią, że jest misją, przeznaczeniem, sensem istnienia, ktoś inny nazywa je społecznym obowiązkiem albo przedłużaniem gatunku. Dla niektórych jest, darem, cudem marzeniem.
A czym jest dla mnie?

 
Dla mnie macierzyństwo to przygoda. Przygoda, która rozpoczęła się na długo, zanim urodziłam Dennisa, zanim zaszłam w ciąże, a nawet zanim myśl o dziecku zagościła w mojej głowie. Zaczęło się, gdy miałam około 6 lat (może wcześniej, ale nie pamiętam).
Z namaszczeniem pielęgnowałam lalki przypominające bobasy. Przewijałam pieluchy, śpiewałam kołysanki, a nawet próbowałam szyć im ubranka. Idąc do parku czy na plac zabaw często wolałam spędzać czas w piaskownicy z bobasami niż biegać z rówieśnikami. Widok maleńkich dzieci zawsze mnie rozczulał. Gdy byłam trochę starsza, uwielbiałam chodzić do sąsiadki, która miała śliczną małą córeczkę. Zawsze starałam się pomagać. Nie przeszkadzał mi nieprzyjemny zapach brudnych pieluch czy dziecinnych wymiocin, Czułam się w swoim żywiole.
Miałam niecałe 13lat, gdy mojemu ojcu urodziły się bliźniaki-moi przyrodni bracia...dużo przy nich pomagałam, trochę z chęci a trochę z musu, bo to był czas, gdy na pierwszym miejscu były koleżanki. Jednak mimo wszystko nadal kochałam zapach niemowlęcej skóry i słodkie bezzębne uśmiechy.

Zaszłam w ciąże, mając 18 lat i 9 miesięcy. Uprzedzam pytanie - Nie, to nie była wpadka, dziecko w 100% planowana z obu stron. Dowiedziałam z się o ciąży w połowie września, przeżyłam szok...do dziś nie wiem dlaczego...przecież tak bardzo na to czekałam!? Do 14tc nie powiedzieliśmy o tym nikomu, wiedziałam tylko ja i S.
Nie było łatwo, większość bliskich nie zareagowała gratulacjami i uśmiechem, mimo że byliśmy dorośli, a nasze życie było w miarę poukładane. Ciąża to był dla mnie najtrudniejszy okres w życiu (nie licząc dzieciństwa). Towarzyszył mi strach mieszający się ze szczęściem i kłótniami, bo S. też zestresowany chodził.

13/04/2012 w piątek urodził się nasz syn. Po wielu godzinach męczarni, przy pomocy kleszczy, w pechowy dzień i jedyne swoje imieniny w kalendarzu. Gdy dostałam do w ramiona, poczułam ulgę, nie miłość czy szczęście...po prostu ulgę, że żyje i jest zdrowy. Nie będę opisywać ostatnich trzech lat szczegółowo, bo nie ukrywajmy, ale u każdego wyglądają one podobnie. Chcę jeszcze tylko wyjaśnić, dlaczego uważam, że macierzyństwo to przygoda.

Macierzyństwo jest najbardziej nieprzewidywalną rzeczą, jaka mnie w życiu spotkała, czymś, co nie do końca potrafię opisać słowami. Mieszanką niewyobrażalnego strachu, szczęścia i adrenaliny. Jest to podróż w nieznane. Test, którego wynik poznam, nie jutro, nie za tydzień a za dziesiątki lat. To miłość ukryta w codzienności, sprawdzian, nie tylko z tego, jaką jestem mamą, ale jakim człowiekiem...i przygodą - Ryzykowne, ekscytujące przeżycie zaczynające się, gdy tylko poczułam pierwszy instynkt macierzyński a kończące, gdy przyjdzie czas odejść.



środa, 17 czerwca 2015

5 rzeczy,w których tata jest lepszy od mamy.

        Jestem dobrą mamą, nie idealną, ale najlepszą, jaką potrafię. Jednak są rzeczy, w których S. jest 100 razy lepszym kompanem niż ja.
Chcecie wiedzieć. W czym tatuś jest lepszy?

1. Kąpiel - Ooo tak! Tata pozwala znosić do wanny tysiąc zabawek: piłkę, pociąg, samolot, sitko. Robi mnóstwo piany, strzela pistoletami na wodę i pozwala siedzieć w wodzie, aż palce dłoni są pomarszczone. A mama? Mama nalewa Wodę do wanny, myje synka i tyle.
2. Wygłupy - I to takie ekstremalne jak przewroty na łóżku, salta na trampolinie, zawijanie dziecka w koc, karuzela czy rzucanie w siebie nawzajem piłką (gumową). Ja nawet nie mogę na to patrzeć, bo wyobraźnia płata mi figle i widzę możliwość miliona różnych wypadków. Za to Dennis śmieje się tak, że słychać go na pół dzielnicy.
3. Zabawa - Cóż moja cierpliwość na zabawę z młodym kończy się średnio po godzinie, za to S. potrafi godzinami budować tunele i mosty dla pociągów, wieże z klocków. Tata wciąż ma nowe pomysły i potrafi wymyślić zabawę przy użyciu kartonu czy.szafy. Mamie niestety brak takich pomysłów.
4. Oglądanie bajek - Tak tata i synek lubią podobne bajki, S.włączą „Epokę lodowcową”, „Madagaskar”, „Shrek” lub inną bajkę, znosi do sypialni chrupki, ciastka i napoje i cisza w domu przez 1,5 godziny...mnie bajki nudzą po około 15 minutach.


5. Ubieranie - Ja szykuję ubranka dla Dennisa i każe mu się ubierać, a S.biega po całym domu za synem, bawiąc się przy ubieraniu.


Co by tu dużo mówić, to co z mamą jest zwyczajną czynnością z tatą jest prawdziwą przygodą.

środa, 10 czerwca 2015

A ty, tresujesz czy wychowujesz?


Jakiś czas temu usłyszałam od innej mamy, że ja nie wychowuje Dennisa, tylko go tresuje. Dowiedziałam się, że jeśli nie potrafię poświęcić się dziecku, to nie powinnam być rodzicem. Oto kilka punktów wyjaśniających, dlaczego zostałam nazwana Matką-Treserką.

1. Dennis nie spał z nami (czyt.rodzicami), nie licząc 3 nocy zaraz po urodzeniu, gdy miał kolki. Co z tego? No przecież Krzywdę robię dziecku! Spać z nim powinnam jak najdłużej! Spanie z dzieckiem zapobiega SIDS. (Tak wiem, że to prawda, jednak historie uduszenia dziecka przez śpiących rodziców przekonują mnie bardziej).

2.
Nie bujałam dziecka na rękach przed snem, w wózku też nie, ani w kołysce, leżaczku i innym gadżecie, bo zwyczajnie tego nie potrzebował. Błąd! Bujać trzeba, bo to rozwija układ nerwowy, nie robisz tego?! Jesteś złym rodzicem.

3. Karmiłam piersią tylko 6 tygodni, z różnych powodów, nie będę się tłumaczyć. Napisze, tylko że chciałam, ale nie mogłam. Efekt? Jestem maciora nie matka, MM to pasza a mój syn to prosiak (ale jaki śliczny).

4. Prowadzałam dziecko na szelkach. Tak robiłam to przez około miesiąc, Dennis miał niecałe dwa latka, w wózku jeździć nie chciał. Chodząc za rękę, często się wyrywał, więc zakładałam mu szelki, które owijałam wokół nadgarstka i chwytałam go za rękę. Nawet gdy się wyrwał, to na ulice nie wybiegł. Co w tym złego?! No jak to? Traktuje dziecko jak psa i na smyczy prowadzę. Moja odpowiedź? Lepsze dziecko na „smyczy” niż pod samochodem.

5. Zabrałam mu smoczek i nie oddałam! Nie, nie ucięłam końcówki, nie kłamałam, że piesek/kotek/ptaszek zabrał. Mówiłam przez tydzień codziennie po trylion razy, że w dniu urodzin zabiorę, wyrzucę i nie kupie kolejnego, bo jest za duży. To przecież okrutne, taki szok dla dziecka. Powinno samo odstawić.

6. Pozwalam, żeby się wypłakał/wykrzyczał. Tak sadzam go na schodek i krzyczy/płaczę tak długo, aż nie uspokoi (Rekord to 42 min) No ale tak nie wolno przecież! Powinnam, przytulać, całować i mówić, że jest, cud miód, malina. Nie ważne, że się rzuca, krzyczy, bije mnie i wymusza. Wymusza płaczem? Przecież dzieci nie wymuszają. Na pewno coś robię źle.

7. Przydzielam mu prace domowe/obowiązki! Pierwszy to sprzątanie pokoju (swojego), nie ma, że zmęczony, że bajka jest, że głodny. Sprząta i Koniec. Poza ekstremalnymi sytuacjami, gdy uśnie, zanim posprząta lub wracamy późno do domu. Wynosi też plastikowe śmieci do specjalnego pojemnika na ogrodzie. Tak nie wolno!!! Wysługuje się dzieckiem, przecież 3 lata to za mało na obowiązki!!!!
8. Pozwalam, by robił wiele rzeczy sam (pod nadzorem). Tak, pozwalam, by uszykował sobie sam rano płatki, od początku do końca! Sam wyjmuje płatki i sypie do miski, sam zalewa je mlekiem i sam je! Sam też się ubiera i rozbiera, myje ręce i buzie, zęby, korzysta z toalety i milion innych rzeczy. Co w tym złego? Już pisze, otóż dobra matka biega i usługuje swojemu dziecku, żeby ono się czasem nie zmęczyło, a ja jestem leniwa i dlatego tego nie robię.
Takich przykładów znalazłoby się jeszcze kilka, ale nie widzę potrzeby wymieniania ich tutaj, bo myślę, że każdy zrozumie sens tego wpisu.

To nic, że czytam mu bajki co wieczór, że przychodzi co rano do naszego łóżka i tulimy się godzinę, że na każdym kroku zapewniam go o mojej miłości. Nie ważne, że chodzę na spacery, śpiewam milion razy jedną piosenkę i biegam na czworaka, udając psa.

Czy to, że wychowuje syna trochę inaczej znaczy, że jestem złym rodzicem? Nie przeczytałam tysiąca poradników na temat wychowania (dokładnie 2 w ciąży). Wychowuje D. intuicyjnie i jak na razie ma się świetnie.

                                                                   Pozdrawiam Matka-Treserka.




sobota, 6 czerwca 2015

Ubierz mnie mamo!

                           Jest czerwiec, temperatury iście letnie, mimo że nadal mamy kalendarzową wiosnę. Coraz więcej ludzi korzysta z ciepłych dni i wybiera się nad jeziora, morze, pływalnie. Wszystko super, ale jedno mnie dziwi- gołe dzieci. Bobasy i kilkulatki, chłopcy i dziewczynki.
 
Czy naprawdę rodzice nie widzą nic złego w tym, że wystawiają intymne części ciała swoich szkrabów na widok publiczny? Tak trudno ubrać dziecku strój na plażę albo zwyczajne majteczki?
To kompletny brak szacunku do intymności własnych dzieci, nie mówiąc już o tym, że zdjęcia z takich wypadów często trafiają na portale społecznościowe. Jestem ciekawa, ilu z tych rodziców rozebrałoby się publicznie? Część mam ma problem, żeby rozebrać się do bikini, a pozwalają, żeby ich kilkulatki biegały nago.

Źródło:internet 

 Zakończmy temat szacunku do naszych dzieci, bo to kwestia sporna i każdy ma do tego inne podejście. Co z wszechobecnym piaskiem? Mokre dziecko siada na piasku, który wkrada się we wszystkie zakamarki i przez kilka kolejnych godzin obciera małą pupę... no drogie mamy i tatusiowie zróbcie taki test: wymoczcie się w wodzie, a później usiądźcie na piasku na kilka minut. Wygodnie? Nie?! Dziwne...

Kolejnym problemem są ludzie... Nigdy nie wiemy, czy gdzieś obok nie czai się „miły pan”, który z radością spogląda na małe pupki, a może nawet robi zdjęcia.

No i co z innymi bywalcami ? Ja szczerze mówiąc, nie chciałabym, żeby mój trzyletni syn oglądał nagich, obcych ludzi, nieważne czy mają 3, czy 30 lat. Chce mu oszczędzić tego widoku. A bobasy bez pieluch? Posikujące swobodnie do jeziora czy basenu? Bardzo niefajnie.

Przecież, nawet jeśli wypad jest spontaniczny, dziecko może kąpać się w zwykłych majteczkach a w przypadku dziewczynki w majtkach i koszulce... No i pomyślcie przyszłościowo... czy za 20 lat wasze dziecko będzie zadowolone, że publicznie biegało nago... wątpię.
Dennis rok temu w ogrodowym baseniku

piątek, 5 czerwca 2015

„Możesz znów zajść w ciąże”

                      Kobieta zachodzi w ciąże mniej lub bardziej wyczekaną. Mija pierwszy szok, niedowierzanie i zaczyna cieszyć się z rosnącego w niej życia. Potwierdza ciąże u lekarza, fasolka rozwija się prawidłowo. Leżąc w łóżku, ze swoim mężczyzną snują plany, oglądają ubranka i wybierają imiona.

Przyszła mama odmawia sobie ulubionej kawy, bierze witaminy, wszystko dla dobra maleństwa. Nagle ból, krew, karetka, szpital i chłodne słowa lekarza Nic tam już nie ma, poroniła pani".

Cisza, niezrozumienie i morze łez. Mijają dni, tygodnie, miesiące i wraca do „życia”, idzie się spotkać z przyjaciółką. Kawa, kilka grzecznościowych formułek i pada klasyczne zdanie Jesteś młoda, zrobisz sobie następne". Pewnie 90% kobiet ma ochotę wtedy krzyczeć, bić i płakać jednocześnie. To chyba najgorsze co można usłyszeć po stracie dziecka. Jasne można zajść w kolejną ciążę, urodzić zdrowe dziecko, ale to nie sprawi, że się zapomni. W sercu do końca życia zostanie rana, która od czasu do czasu będzie krwawić. Gdzieś między prysznicem a śniadaniem... otworzy się i zacznie boleśnie o sobie przypominać.

„Ile to już miesięcy?”

„Już by było z nami”

„Właśnie zaczynałby przedszkole”.


Tracąc dziecko, tracimy kawałek swojej duszy, odrobinę uśmiechu. Stajemy się nadzwyczajnym rodzicem, mamą aniołka. Na pozór jesteśmy zwyczajne, nie wyróżniamy się niczym, spacerując po parku, a jednak żyjemy z niepełnym sercem.                
fot. Monika Wieczorkowska

Zanim powiesz „Możesz znów zajść w ciąże” kobiecie, która straciła dziecko, ugryź się w język, pomyśl i... nie mów! Przytul, chwyć za rękę, powiedz, że będziesz obok, ale nie wmawiaj, że czas leczy rany, a kolejne dziecko sprawi, że zapomni.

Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.