wtorek, 27 października 2015

On kiedyś dorośnie.

                Czas. Dziwne zjawisko. Kiedy na coś czekamy, minuty ciągną się jak godziny, ale w miłej atmosferze godziny pędzą jak minuty.

Od pewnego czasu mierze dni trochę inną miarą...od narodzin Dennisa jest to miara postępów. Pierwszy uśmiech, ząbek, krok, słowo mama"... Pierwszy buziak, pierwsze słowa „kocham Cię”, przedszkole...ale też samodzielności. Koniec butelek, smoczka, pieluch. Samodzielnie włożone buty. Pierwsze „Ja sam” i odsuń się". Cholerna duma mnie przepełnia, gdy znów słyszę „Jaki on już dorosły”, a jednak czasem chciałabym, by zawsze był moim małym chłopcem. Wiem, że nie zatrzymam go przy sobie na zawsze, a jednak czasem bardzo bym chciała.

Może Rodzic to rzeczywiście inny gatunek człowieka? Tak bardzo chcemy, by nasze dzieci były samodzielne i poradziły sobie w dorosłym życiu, a jednak nie do końca dopuszczamy do siebie myśl, że kiedyś naprawdę dorosną.

Jasne nie przestaną nas kochać, czasem będą nas potrzebować, ale nie zostaną na zawsze słodkimi bobasami czy rezolutnymi kilkulatkami. Skończą szkoły, poznają partnerów, wezmą ślub, będą mieć dzieci i wszystko się zmieni...

Widzę, jak z dnia na dzień mój mały synek rośnie i mówienie do niego "bubu" jakoś przestaje być na miejscu. Wciąż mnie zaskakuje swoją wiedzą o świecie. Rzeczy oczywiste dla mnie często są też oczywiste dla niego, mimo że nie przypominam sobie, bym mu tłumaczyła, że ptaki składają jaja, a z nich wykluwają się pisklaki, albo że św. Mikołaj wchodzi przez komin, a my powinniśmy zostawić mu mleko i ciasteczka. To takie zwyczajnie proste rzeczy, z których jestem dumna, a jednocześnie wprawiają moje ciało w drżenie. On rośnie, cały czas. Każdego dnia jest bardziej samodzielny niż wczoraj. Dziś przedszkolak, jutro uczeń a za tydzień student...mam wrażenie, że któregoś dnia obudzę się, wejdę do jego pokoju a tam zamiast dziecięcych tapet i regału wypełnionego niezliczoną ilością pociągów zastane pokój gościnny lub jakąś pracownie. On zadzwoni, że wpadnie w niedziele na obiad z zoną i dziećmi. Będzie dorosły, a ja będę zastanawiać się, gdzie podział się mój mały synek, który tak niedawno stawiał pierwsze kroki, a skaleczony palec leczył maminym całusem.




czwartek, 22 października 2015

Matka nieogarnięta ogarnia!

Zawsze byłam „lekko” niepoukładana w każdym tego słowa znaczeniu. Często mówię i pisze chaotycznie, bo niestety tak myślę. Wydaje mi się, że cały mój świat to spora porcja bałaganu i chaosu. Niestety mój artystyczny nieład" (tak ładnie nazwała to kiedyś moja ukochana ciocia, siostra mojej babci) przekłada się również na zwykłe, codzienne życie.

Gdy jeszcze chodziłam do szkoły i mieszkałam z rodzicami (swoją drogą było to całkiem niedawno) moje roztrzepanie i bałaganiarstwo przeszkadzało dosłownie wszystkim, wszystkim oprócz mnie, rzecz jasna. W pokoju wiecznie walały się niepoukładane ubrania, kubki po herbacie, stosy książek i miliony kosmetyków. Oczywiście sprzątałam, a przynajmniej się starałam. Później znów robiłam bałagan, bo nic nie mogłam znaleźć. Nauczyciele w gimnazjum i szkole zawodowej płakali nad moimi zeszytami, w których brakowało połowy notatek.

Notatki gdzieś były....gdzieś, zapisane na kartkach, bo zeszyt został w domu. Wciąż coś gubiłam, zapominałam, przynieś potrzebne rzeczy czy czegoś nie robiłam, ale nie przeszkadzało mi to.

Oczywiście nie przeszkadzało do czasu, a mianowicie do momentu, gdy urodził się Dennis. I nagle zaczęło mnie wkurzać, że nie mogę znaleźć nawilżonych chusteczek, które przed chwilą trzymałam w ręku. Wstyd mi było, gdy ktoś wpadał bez zapowiedzi, a dom był nieogarnięty, mimo że miałam na to sporo czasu. Nie wiedziałam jak zaplanować dzień, by posprzątać, zrobić obiad, ogarnąć małego i wyjść z nim na spacer. Nawet gdy jakimś cudem udało się, zrobić wszystko do czasu powrotu S. z rannej zmiany, to po kilku godzinach znów dom wyglądał jakby przeszło tornado. Nie wiem,nie potrafię tego wytłumaczyć.

Dziś Dennis ma ponad 3 lata (czyt.potrafi się sobą zająć) a mi nadal wiele brakuje do perfekcyjnej pani domu. Tak jest lepiej, obiad częściej ugotuje (choć tego nienawidzę), podłogi są czyste, pranie zrobione a łóżka pościelone. Niestety skłamałabym, mówiąc, że w domu jest, obiad, ciasto i porządek w jednym momencie. Nadal mam nieposkładane ubrania, choć teraz zazwyczaj są w jednym miejscu. Dokumenty są w teczce, no prawie wszystkie... Obiad jakiś jest (dziękuję sklepom za pierogi mrożone i „pomysł na”) Mały po sobie sprząta, oczywiście czasem muszę go o to prosić 10-20 razy, ale na pierwszy rzut oka wszystko wygląda nieźle i nawet byłabym z siebie dumna, gdyby....no właśnie... Gdyby nie to, że są osoby, które wciąż myślą, że skoro nie pracuje, to dom musi być czysty jak muzeum, mały idealnie grzeczny a ja piękna i uśmiechnięta jak mamy z reklam w tv.
Źródło:Internet

piątek, 16 października 2015

10 rzeczy,które zrobiły ze mnie złą matkę!

ZANIM PRZECZYTASZ TEN POST, SCHOWAJ HEJTY DO KIESZENI I WŁĄCZ SWOJE POCZUCIE HUMORU.


Im więcej udzielam się na forach i grupach dla rodziców, tym częściej dowiaduje się, co robię źle i dlaczego jestem okropną mamą. Oto kilka rzeczy, które koniecznie musisz zrobić, by zasłużyć na to „cudowne” miano.

1. Zagraniczne imię


Ooooo tak, nadanie dziecku zagranicznego, lub obco brzmiącego imienia to zło wcielone i patologia.

Nie ważne czy mieszkasz w Polsce, czy nie, to nic... nawet jeśli twój mąż/partner nie jest polakiem...

Dałaś córce na imię Jessica, Nicola czy Vanessa? Jesteś patologia! Twój syn ma na imię Brian, Dylan lub Colin? Na pewno dałaś mu takie imię, żeby czuł się wyjątkowy, bo nic innego zapewnić mu nie możesz. Przecież ludzie na poziomie dają „normalne”, polskie, klasyczne imiona.... Ziemowit i Genowefa tak pięknie brzmi, a z twojego dziecka będzie śmiało się pół szkoły.

2. Cukier, sok i krowie mleko


Nie jesteś eko? Nie nadajesz się na matkę! Pozwalasz dwulatkowi na słodycze, roczniakowi podajesz do picia krowie mleko na zmianę z Kubusiem? Niszczysz swoje dziecko! Zabijasz je! Wszystko, czego używasz, a nadaje potrawą normalny smak (nawet odrobina soli) robi z ciebie nieodpowiedzialnego rodzica. Nie chcesz linczu? Hoduj warzywa i zioła na ogrodzie z dala od miasta i ulicy, wyrzuć sól i cukier a do picia podaj wodę.


3. Żłobek, przedszkole, opiekunka.


Wracasz do pracy po rocznym urlopie macierzyńskim? Twoje dziecko nie ma cudownej (lub ma pracującą) babci, która się nim zajmie, kiedy ty jesteś w pracy, więc oddajesz dziecko do żłobka. Jesteś bez serca! Jak możesz realizować się w pracy, zostawiając malucha na pastwę pań w żłobku i innych dzieci! Uraz psychiczny gwarantowany. Ok, olewasz żłobek. Znajdujesz super miłą nianię. Jesteś nieodpowiedzialna, dla swojego widzi - misia zostawiasz dziecko z obcą kobietą...a co jeśli je porwie, pobije (to nic, że opiekunka jest sprawdzona) albo nie daj boże, dziecko ją pokocha! Wtedy koniec...gdybyś była „lepszą” mamą dziecko by za tobą tęskniło. Posiedziałaś w domu dłużej i dajesz dwulatka do przedszkola? Bobasa takiego, dzidziusia małego... "rzucasz” do tej dżungli!

4. Przeżute jedzenie i strawione mleko.


Obrzydza Cię obślinione przez twoje dziecko ciastko? Odrzuca Cię od wymiocin twojego nowo narodzonego maluszka, a może od tych słodkich kupek? W takim razie albo go nie urodziłaś, albo nie masz za grosz instynktu.

5. Halloween.


(Bardziej dotyczy mam, które tak jak ja nie mieszkają w Polsce)

Obchodzisz Halloween, stroisz dom, przebierasz dziecko za słodkiego wampirka i zbieracie cukierki. Jak możesz obchodzić to pogańskie (nawet jeśli nie jesteś katoliczką) okultystyczne,satanistyczne święto! Taką zabawą ściągasz na siebie i swoje dziecko „złe moce” i nawet osikana pielucha i przełamanie (chyba tak się to nazywa?) dziecka nie pomogą!

6. Masz dosyć.


Masz dosyć swojego dziecka? Chcesz je wysłać na marsa, chociaż na jeden dzień? Kolejny dowód na to, że jesteś okropnym rodzicem. Jak możesz mieć dosyć takiego słodkiego aniołka? No nic, że od dwóch lat nie przespałaś nocy, bo najpierw kolki, później zęby a teraz bunt i bóle wzrostowe? Powinnaś nosić dziecko na rękach całe noce z uśmiechem na twarzy...przecież to twój cud.

7. Masz pasje.


Jeśli dzieci nie są twoim jedynym tematem rozmów i masz swoje hobby, któremu oddajesz się w wolnych chwilach to no cóż...albo masz za dużo czasu, albo zaniedbujesz dzieci... W wolnych chwilach to powinnaś prasować lub z pasją układać klocki z maluchem.

8. Dobrze wyglądasz.


Co tu dużo mówić...makijaż pewnie zrobiłaś, zamiast dać dziecku śniadanie. Pojechałaś na zakupy i kupiłaś sobie buty? No jak to sobie? A dziecku to co? Na pewno potrzebuje 5 par słodkich kapcioszków. Ćwiczysz? Jak ty możesz przecież twoja obwisła skóra, rozstępy i +10kg to piękny dowód na to, że jesteś mamą!

9. Facebook, Istagram, Blog.


Krótko. Zamieszczasz zdjęcia dziecka? Piszesz o nim? Prowadzisz bloga o waszym życiu? To czyste zło! Narażasz je na pedofilie i porwania!

10.Wychodzisz.

Rzecz jasna, póki to plac zabaw,masaż (niemowląt oczywiście) lub zakup to nie ma sprawy, ale jeżeli zostawiasz dziecko z tatusiem i idziesz sama na kawę,drinka (o bosz! Jak możesz pić), a nawet spacer to jesteś wyrodną matką.







wtorek, 13 października 2015

Zaszczep w dziecku pewność siebie.

ZANIM PRZECZYTASZ TEN POST WIEDZ, ŻE NIE JESTEM PSYCHOLOGIEM, PEDAGOGIEM CZY INNĄ OSOBĄ UPOWAŻNIONĄ, BY DORADZAĆ W SPRAWIE WYCHOWANIA DZIECI. POST JEST MOIM SUBIEKTYWNYM SPOJRZENIEM NA TEMAT.

Jak wiele nam trzeba, by życie toczyło się tak, jak sobie zaplanowaliśmy? Ile wyrzeczeń nas czeka w Drodze do spełnienia marzeń? Jak wiele musimy zostawić za sobą ludzi, miejsc i sytuacji, by osiągnąć sukces?

Nie wiem. Zwyczajnie nie znam odpowiedzi na to pytanie, właściwie wydaje mi się, że jej nie ma. Przecież każdy z nas ma inne marzenia, plany. Dla każdego sukces oznacza co innego. Sukcesem może być zarówno znalezienie pracy po studiach, jak i zajście w upragnioną ciążę. Jeden marzy o własnej, dobrze prosperującej firmie, gdy ktoś inny pragnie mieć wierną żonę i Gromadkę dzieci.

Jedno jest pewne bez pewności siebie i wiary w swoje możliwości będzie ciężko. Skąd to wiem? Hmmm większość swojego życia nie wierzyłam...nie wierzyłam w nic. Nie miałam marzeń, planów, celów. Żyłam z dnia na dzień, nie widząc sensu, by do czegoś dążyć. W pewnym momencie moja pewność siebie była tak krucha, że bałam się odpowiadać na lekcji, bo zawsze wydawało mi się, że powiem coś źle. Wzywana do tablicy trzęsłam się jak osika, bo miałam wrażenie, że wszyscy się ze mnie śmieją. Nie potrafiłam się za klimatyzować wśród rówieśników. Nauka szła mi kiepsko, sport też nie najlepiej...w większości przypadków z mojej winy, ponieważ dużo wagarowałam. STOP nie o mnie miał być ten post, więc przejdźmy do sedna sprawy.

Skąd się bierze pewność siebie? Z moich obserwacji wynika, że opcji jest kilka:

WRODZONA, czyli zawarta w charakterze, o tak to możliwe! Zwyczajnie istnieją dzieci, które od małego są odważne i pewne siebie. Takie dzieciaczki, zazwyczaj zaczepiają ludzi i zagadują. Bez problemu pozują do zdjęć czy występują w szkolnych przedstawieniach. Niestety tę cechę bardzo łatwo zniszczyć, stłamsić lub zaburzyć, gdy dziecko jest małe. Najczęściej robią to rodzice. Jak? To bardzo proste, wciąż powtarzając: „Nie wchodź, sam sobie nie dasz rady”. „Mamusia Ci pomoże” „wstydź się! Nie wolno zagadywać ludzi” „Wcale nie jesteś taka ładna/mądra/zdolna jak Ci się wydaje"... A więc ile razy wypowiedziałeś takie zdanie/a? Zastanów się, czy było to słuszne?

WYCHOWANA, czyli taka pewność siebie, za którą można dziękować rodzicom, czasem dziadkom, rodzeństwu. Pojawia się, wtedy gdy niezbyt śmiałe, odważne dziecko jest „popychane”, namawiane by uwierzyło w siebie. Wbrew pozorom nie jest tak trudno tego dokonać. Wystarczą chęci i czas. Chcesz? Pomogę Ci! Gdy twoje dziecko po raz kolejny poprosi, byś robił coś za nie, lub pomógł mu, tłumacząc, że nie da rady, zwyczajnie zapytaj „Próbowałaś/eś zrobić to sam/a?". W odpowiedzi pewnie usłyszysz „Nie”,"Nie dam rady”,"Boje się”, warto wtedy zachęcić dziecko do próby, ale NIE ZMUSZAĆ! Nie jest to proces jednodniowy, tygodniowy czy nawet kilkumiesięczny. By zaszczepić w dziecku pewność siebie czasem trzeba lat, ale może warto? Choćby po to by nie bało się sięgnąć po swoje marzenia?

NABYTA, to ta, która zazwyczaj przychodzi z dnia na dzień. Często, gdy masz naście lat lub w dorosłym życiu. Jak? Sposobów jest tysiąc. Gdy kolejny raz kolega z klasy podkłada ci nogę na przerwie, a ty pierwszy raz się przeciwstawiasz, bo masz dosyć...i nagle widzisz, że to działa. Gdy z pozoru kochający mąż wypomina ci kolejne kilogramy dzień po dniu, a twój najlepszy przyjaciel mówi, że do twarzy Ci w bardziej"apetycznym ciele, że twoje ukochane 50kg wcale nie było takie piękne. Aż pewnego ranka stajesz przed lustrem i zamiast fałdek tłuszczu widzisz pełne piersi i okrągłą pupę. Bam! I już wierzysz w siebie.

Którąkolwiek pewność siebie będzie miało twoje dziecko, będzie mu łatwiej. Zamiast mówić „Może spróbuje” powie Zrobię To!". Będzie śmiało iść naprzód, aż dotrze do celu. Będzie kochać siebie i życie spełniając marzenia.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.