wtorek, 29 listopada 2016

Balansując na linie.

        Myślę, że to będzie dziwny post, ale chciałam go napisać już dawno. Chciałam, ale nie do końca potrafiłam ubrać w słowa to, co siedzi mi w głowie i sercu. Nadal nie jestem pewna czy dobrze opisałam uczucia towarzyszące mi w wychowywaniu rodzeństwa.
Mam dwoje dzieci, dwoje dzieci w różnym wieku, z zupełnie.Innymi potrzebami i wymaganiami, więc pytam jak kurcze, no jak mam ich
traktować równo? Nie da się albo ja nie potrafię, bo jak nie robić różnic między mała 5-miesięczną dziewczynką a wygadanym 4,5 latkiem?

Jasne staram się dzielić czas, serce i miłość na pół... tyle że to cholernie trudne, bo w tym momencie mój słodko-gorzki bobas potrzebuje mnie 24/7, starszak tylko popołudniami, bo od rana jest w szkole. Szkoda, że jego mała siostra tego nie rozumie i akurat wtedy chciałaby najwięcej bawić się z mamą. Biorę więc Noemi na kolana i odrabiam lekcje z Dennisem, kładę ją na łóżko brata i układam tor dla pociągów. Da się co nie? No da się, ale to rozdziera mi serce na dwoje, bo zdarza się tak, że mała płaczę, chce jeść czy trzeba ją przebrać, a ja kolejny raz mówię mojemu starszemu dziecku, że musi poczekać. To jeszcze nie jest takie trudne, gorzej jest z moimi prośbami, bo Dennis ma zupełnie inne poczucie sprawiedliwości niż dorosły człowiek.

Przykładem może być sytuacja sprzed kilku dni:

Dzieci krzyczą i piszczą, mała przechodzi właśnie etap wydawania różnych dźwięków, a brat chętnie jej pokazuje, że potrafi głośniej.

Dennisku przestań krzyczeć."- Proszę, bo głową mnie boli niesamowicie.

- Emi też!"- odpowiada mój syn.

Tłumacze więc synowi ze spokojem, że jego siostra jest mała i nie rozumie, że krzyczeć nie wolno, oczywiście mało go to obchodzi. Sprawiedliwość musi być! Więc proszę niemowlaka, by przestał piszczeć, wiedząc doskonale, że nie wie, o co mi chodzi. Chwila ciszy i ponowne piski moich dzieci, więc znów proszę o ciszę i co słyszę? „Czemu tylko ja muszę?” i foch oczywiście. No nie przetłumaczysz.

Chciałbym by żadne z nich, nie czuło się odrzucone, mniej kochane czy niesprawiedliwie traktowane. Noemi jest trudnym i wymagającym maluchem, Dennis zaledwie 3 miesiące temu zaczął przygodę ze szkołą i myślę, że nie jest mu tak łatwo, jak nam się wydaje. Tak bardzo się boję, że gdzieś popełnienie błąd i za kilkanaście lat oni, zamiast szanować się i kochać będą się kłócić i żywić do siebie urazę przez błędy, które popełniam.

Jak kiedyś napisałam, wychowanie więcej niż jednego dziecka to spacer po linie. Balansujesz między wychowaniem kochającego się rodzeństwa a rywalizujących mini wrogów i liczysz, że nie spadniesz.          

wtorek, 25 października 2016

Sposób na zielone - makaron ze szpinakiem.

Kocham szpinak jak mało kto, w każdej postaci. Wiele osób jednak za nim nie przepada. Mam dla was przepis, który być może przekona was do tego zielonego koszmaru z dzieciństwa.

POTRZEBNE BĘDĄ:


-Łyżka masła

-300 g Pieczarek

-Świeży szpinak

-150 ml śmietanki 18%

-50 g. Startego żółtego sera

ZMIKSUJMY TO W PYSZNĄ CAŁOŚĆ.

Masło rozpuszczamy w garnuszku lub na wysokiej patelni. Dodajemy pokrojone w półplasterki pieczarki. Gdy pieczarki już się podsmażą, wrzucamy świeży szpinak i smażymy na małym ogniu, aż szpinak będzie miękki. Zalewamy to wszystko śmietanką i chwilę razem dusimy, żeby smaki się połączyły. Teraz doprawiamy odrobiną soli i pieprzu. Na koniec należy dodać starty ser i wymieszać.

Najlepiej smakuje podane z makaronem.

SMACZNEGO :)              


poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Ciii, i nikomu nie mów...

Długo, oj bardzo długo zbierałam się, by napisać, a przede wszystkim opublikować ten post. Chyba tysiąc razy układałam i zmieniałam go w swojej głowie. Już wielokrotnie zostałam skrytykowana, gdy obnażyłam swoje obawy dotyczące miłości do drugiego dziecka. Dziś a właściwie już wczoraj zebrałam się na odwagę i skończyłam ten tekst, w końcu ten blog powstał, po to bym mogła wyrazić tu siebie.

Od kiedy urodził się mój ukochany synek, bałam się jak to będzie gdy/jeśli będę miała drugie dziecko. Czy pokocham je tak samo, jak wyczekanego chłopca? Nie potrafiłam sobie tego wyobrazić. Przecież żadne inne dziecko (nawet jeśli moje) nie będzie tak piękne, mądre i doskonałe jak mój syn. Tylko on ma te cudnie błękitne oczy i rozbrajający uśmiech łobuziaka.

Gdy zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, nadal pełna byłam obaw, choć pragnęłam kolejnego dzieciątka i rodzeństwa dla Dennisa. Wiedziałam, że będę umieć traktować maluchy równo, ale nie potrafiłam być pewna, jakie będą moje uczucia, bo przecież nie da się nad nimi panować.

Kobiety posiadające więcej niż jedno dziecko twierdziły, że wszystkie dzieci kocha się jednakowo bez względu na płeć, wiek wygląd czy kolejność urodzenia a mnie uważały za dziwną (to najlżejsze określenie).

Dla mnie to, co mówiły wydawało się bzdurą, bo jak można dwie inne osoby, często o skrajnie różnych charakterach kochać tak samo? Dużo się nie pomyliłam. Wcale nie chodzi tu o siłę miłości, a o powiedzmy... jej rodzaj.

Inaczej kocha się dziecko pierwsze, starsze, z którym zbudowaliśmy już więź, mamy wspólne zabawy i wspomnienia, a zupełnie inaczej kocha się nowo narodzone maleństwo, w którym dopatrujemy się podobieństw do nas i rodzeństwa, czujemy, jak rodzi się więź. Ono teraz jest tym słodkim maleństwem, które potrzebuje nas 24 godziny na dobę, najmłodszym, przy którym pierworodne wydaje się prawie dorosłe".

Łapiemy pierwszy uśmiech, kąpiel czy ząbek, ale robimy to po raz drugi. Często jesteśmy pewniejsi siebie i bardziej zdystansowani, bo wiemy już, o co biega w byciu rodzicem. Nierzadko mniej nosimy drugie dziecko, nie zmieniamy pieluchy co godzinę z zegarkiem w ręku czy nie wybudzamy w nocy na karmienie. To wcale nie znaczy, że kochamy to młodsze dziecko mniej, ta miłość jest po prostu inna. Często mam wrażenie, że spokojniejsza i bardziej dojrzała.

Pewnie zastanawiacie się, dlaczego tak wzbraniałam się przed publikacją tego postu... otóż kilka razy zdarzyło mi się wspomnieć o moich obawach koleżanką i na forach rodzicielskich. Niestety zalała mnie ogromna fala krytyki i niezrozumienia. Słuchałam i czytałam, że to nienormalne, że będę wyrodną matką, a nawet, że skrzywdzę własne dziecko. Czułam się z tym okropnie, mimo że nigdy nie mówiłam, że nie pokocham małej Noemi, a jedynie obawiałam się, że nie pokocham jak tak jak pierworodnego. Tyle się czyta o tym, że kobiety powinny otwarcie mówić o swoich obawach i problemach związanych z macierzyństwem, by uniknąć depresji. Cóż mnie te rozmowy wpędziły niezłego doła i niepewność, więc droga mamo/przyszła mamo mam dla ciebie radę...

        ... Ciii, i nikomu nie mów... 

 

A na pewno nie koleżance. Omijaj też fora internetowe i grupy rodzicielskie. Jeśli wątpliwości nie dają ci spać, porozmawiaj z położną, ginekologiem, psychologiem albo zwyczajnie poczekaj, by zobaczyć jak będzie.

Na koniec dodam tylko, że mam teraz dwoje dzieci, każde z nich kocham równie mocno, mimo że, każde kocham inaczej.

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Podwójne szczęście #1

Obiecałam, że pojawi się tutaj post o byciu mamą dwójki maluchów, więc jest. Pierwszy, ale nie ostatni, bo będzie to cykl, choć pewnie nieregularny;)
Mała Noemi jest już z nami ponad miesiąc, niesamowicie szybko uciekły mi te ostatnie tygodnie. Myślę, że co nieco mogę już powiedzieć o tym, jak czuje się w roli podwójnej mamy, więc... mam stanowczo mniej czasu, ale na razie daję radę ogarnąć wszystko. Wypracowałam sobie pewien system sprzątania, gotowania i innych obowiązków, który jak na razie się sprawdza. Mam nawet trochę czasu dla siebie i żyje z nadzieją, że tak zostanie.

Cierpliwości mam więcej (kilogramów tez), Jakoś tak mniej krzyczę, więcej tłumacze, spokojniejsza jestem... zupełnie nie wiem dlaczego, bo zawsze wydawało mi się, że zeświruje na początku przy dwójce dzieci. Zresztą koleżanki opowiadały, że przy więcej niż jednym dziecku wciąż brakuje cierpliwości i czasu a samotna wizyta w toalecie to święto... tymczasem ja nadal pijam poranną kawę w łóżku ;)

Noemi


Mała jest wymagającym dzieckiem,  było już sporo bezsennych nocy i gorszych dni. Pierwszy tydzień był trudny, bo, mimo że trzymałam na rękach niejednego noworodka, to bałam się, że zrobię krzywdę tej maleńkiej dziewczynce. Dopiero po urodzeniu Noemi dowiedziałam się jak wiele to kilogram i uwierzcie różnica między „normalnym” bobasem ważącym 3000-3500g a takim maleństwem, które ma nieco ponad 2 kilo, jest ogromna. Na szczęście mała szybko przybiera na wadze i przekroczyła 3000g.

Dennis


Synek też ma ciężkie dni i noce częściej niż kiedyś. Myślę, że mimo iż rozumny z niego 4-latek to cała sytuacja z narodzinami siostry i domem pełnym ludzi (mamy gości) jest dla niego niełatwa. Kocha siostrę, przytula, mówiąc "moja Emi". Kilkadziesiąt razy dziennie całuję ją w rączkę, a wieczorem daje buziaka w policzek i życzy miłych snów. Jednocześnie jest zły, bo zabrała mu kawałek mamy. Czasem wpycha mi się na kolana i udaje niemowlę, domagając się smoczka czy butelki, tłumacze wtedy jak dobrze być starszym, móc bawić się i oglądać bajki i myślę, że z czasem mu przejdzie.

Ja


Pod tym względem mi też trudniej, bo niby jest dobrze i czuje się spełniona, ale moje serce rozrywa się na pół między płaczącą Noemi a Dennisem proszącym o kubek kakao. Nie chce mu kolejny raz mówić"za chwilę", bo karmie czy przewijam jego siostrę. On niby rozumie i nie ma mi tego za złe, ale czasem smutnieje albo złości się. Trudno mu, widzę to. Mogę otwarcie powiedzieć, że to jest dla mnie najtrudniejsze... z jedynakiem jest znacznie łatwiej. Nie trzeba dzielić czasu i miłości na dwoje. Czasem nachodzi mnie myśl, że zrobię im krzywdę, bo nie będę umieć podzielić czasu i zainteresowania po równo, ale wtedy patrzę jak Dennis siedzi obok leżaczka, podając swojej siostrze palec, a ona zaciska na nim swoją maleńką dłoń i wiem, że będzie im łatwiej, bo mają siebie. Już ja zadbam, by więź między nimi była niepowtarzalna.


poniedziałek, 13 czerwca 2016

10 rodzicielskich błędów, które popełniam wielokrotnie.

Każdy błędy popełnia, nie każdy się do nich przyznaje. Dziś postanowiłam po raz kolejny pokazać, że jestem nieidealną mamą. Wszystko po to, by przypomnieć wam, że idealne rodzicielstwo istnieje tylko w bajkach, reklamach i na okładkach czasopism. Przedstawiam moje zestawienie rodzicielskich błędów, które popełniam wielokrotnie.


1. Krzyczę.


Tak, podnoszę głos i krzyczę, w nerwach, nie koniecznie na Dennisa, ale robię to. Czasem dosłownie wydzieram się jak nienormalna, choć wiem, że nie powinnam to nie do końca potrafię się kontrolować.

2.Ulegam.


Czasem na kolejny słodycz w sklepie, na „jeszcze 5 minut” bajki/zabawy/skakania na trampolinie.

Robię to dla świętego spokoju... Tak, tak przyznaje się, czasem mam dosyć wysłuchiwania prośby po raz 30sty i się zgadzam.

3. Wyręczam dziecko.


Ubieram go czasem, bo mi się czekać 20 minut nie chce. Włączę mu bajki, choć wiem, że potrafi sam, wyniosę za młodego buty na korytarz. Nie robię tego cały czas, ale zdarza mi się czasem, a czasem często ;)


4. Serwuje drobne kłamstwa.


O tym, że nie ma kolejnych baterii do tej piekielnie głośnej zabawki, że bajki nie działają, że poleżę jeszcze tylko 5 minut...

5. Pozwalam nie zjeść posiłku.

Odpuszczam mu obiad, mimo że wiem, że za chwile będzie chciał coś zjeść, pozwalam nie jeść mięsa i wędlin. Nie biegam za Dennisem z łyżką zupy... najczęściej zwyczajnie mi się nie chce.

6. Włączam bajki.


Gdy chcę obejrzeć film lub posiedzieć przy komputerze puszczam dziecku bajki, nawet jeśli to trwa dłużej niż mamy w domowych zasadach, pozwalam też pograć na konsoli czy tablecie, gdy potrzebuje chwili spokoju.

7. Pozwalam biegać w piżamie.

Często aż do południa, bo później szykujemy się do przedszkola. Bawi się i je w piżamie a no i przyznam, że sama czasem biegam po domu w stroju nocnym przez pół dnia :)

8. Nie wymyślam zabaw.


To znaczy, wymyślam czasem, opowiadam bajki i buduje wieże z klocków, ale nie chce mi się codziennie wymyślać 3 stymulujących i kreatywnych zabaw. Gdy mojemu synkowi bardzo się nudzi, wyciągam jedną z zapomnianych zabawek z szafy na korytarzu.

9. Wkurzam się.


O błahostki, zabawki na podłodze czy okruszki na kanapie, albo że w ciągu godziny ubrudził trzecią koszulkę, nie tak, żeby krzyczeć czy robić aferę, ale rzucę „Po co ja tu sprzątam, jak i tak ciągle chlew”, gdy muszę pozamiatać kolejny raz.

10. Nie ćwiczę.


Nie ćwiczę z młodym codziennie pisania i rysowania, choć domyślam się, że powinnam, brak mi cierpliwości.

To nie tak, że chwale się wam tu popełnionymi błędami wychowawczymi i jestem dumna ze swojej niekonsekwencji, ale uważam, że nie ma co się kryć ze swoimi błędami. Po co kreować ten przekłamany obraz rodzica idealnego. A wy rodzice, jakie błędy popełniacie z pełną świadomością?

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Jestem lepszą matką niż ty!

Ona karmi piersią 2lata, na nosidełko nawet to z atestami mówi „wsiadło”, mleko modyfikowane nazywa paszą, karmi tylko metodą BLW, do picia podaje wodę lub pierś, czyta każdy skład, a zamiast chusteczek nawilżonych używa płatków kosmetycznych maczanych w wodzie. Dla niej lekarze to idioci, szczepienia to nabijanie kasy koncernom, po mleko modyfikowane sięgają tylko „wygodne mamy”, bo przecież to normalne, że dziecko płacze cały dzień i wisi przy piersi. Nie ważne, że być może masz starsze dziecko/dzieci i musisz czas podzielić na dwoje, czworo czy sześcioro. Nie ważne, że instynkt podpowiada ci, że twój maluch jest gotowy spróbować marchewki, gdy ma 5 i pół miesiąca, podajesz, to jesteś głupia! WHO wyraźnie zaleca PO 6MIESIĄCU!!!

Dla niej jesteś nikim...choć kochasz swoje dzieci nad życie, to jesteś nieodpowiedzialną idiotką, bo kupujesz puszkę mleka, gdy po kolejnym bilansie dowiadujesz się, że twoje dziecko słabo przybiera na wadze. Na siłę namawia cię na chustę, bo twoje „wsiadło” mimo atestu i rekomendacji lekarza jest złe. Aż ją trzęsie, żeby objechać cię, gdy widzi twojego malucha z soczkiem. Robi wszystko, by dać ci do zrozumienia „Jestem lepszą matką niż ty!” tylko po co?

Nie wiem. Kiedyś naiwnie myślałam, że to ma pomóc, bo może faktycznie warto zwrócić uwagę, tak nie jest. Dziś wiem, że na pewne rzeczy by dziecku nie działa się krzywda. Dziś wydaje mi się, że to chęć bycia tą „naj” wzbudza w kobietach-matkach przymus krytyki innych mam. Nie potrafią dopuścić myśli, że nie ma jednej słusznej metody na wychowanie dziecka. Nie mogą zrozumieć, że to, jak one wychowują swoje dzieci, jest dobre, tak samo, jak dobre może być coś odwrotnego. Często hamują swój instynkt, kierując się tysiącem książek i poradników na każdy temat. Może robię to ze strachu i niepewności? Strachu przed błędem? Tyle że każdy etap życia to metoda prób i błędów. Macierzyństwo nie jest jakimś wielkim wyjątkiem.

Pewnie większość mam się tym nie przejmuje tak jak wszystkimi „Ciotkami dobrymi radami” mówiącymi, że czapka w +15 to konieczność. Kiedyś było łatwiej, bo krytyki słuchało się tylko od rodziny i przyjaciół a ewentualnie od pani w parku. Dziś w dobie internetu, portali społecznościowych i grup rodzicielskich codziennie możesz dowiedzieć się, co robisz źle. Nawet jeśli nie pytasz o radę, a tylko podzielisz się nowym etapem w życiu malucha, np.wrzucając fotkę, jak synek z ochotą pałaszuje marchewkę bądź trzymasz go w nosidełku. Jeśli lincz nie będzie jawny, to zawsze znajdzie się, choć złośliwy komentarz „A marcheweczka to nie po 6 miesiącu?” „Oj mamusia wisiadełko kupiła.”

Pisze o tym, bo o ile większość mam nie przejmuje się tym i ufa swojemu instynktowi, to wiem, że jest garstka tych mniej pewnych siebie, najczęściej młodych, z pierwszym dzieckiem. Nie jedna z nich pewnie płakała z bólu i bezsilności z dzieckiem przy piersi, bo karmić trzeba. Chciała podać butelkę. Instynkt podpowiadał, że to lepsze dla malca, ale w swej naiwności spytała o radę mam w internecie i zaczęło się... że męczyć się trzeba, że maść na sutki kupić, bo mm jest fuj! Nie możliwe, że bobas się nie najada, Mało treściwy pokarm nie istnieje a dziecko przy piersi 24/7 to normalne. Więc karmi, raz...drugi...trzeci... choć nie śpi po nocach, nie odsypia w dzień, nie uśmiecha się, bo maluch płacze, a ona karmi przez łzy...

wtorek, 24 maja 2016

Na dzień matki chciałabym...

Na dzień matki chciałabym...
kilka samotności chwil,
Jednej nocy pełnej snu,
tańca do utraty tchu.
trochę więcej cierpliwości,
mniej tych małych złośliwości.

Zawsze słuchać jego śmiechu,
wieczność patrzeć na bezdechu,
 Sprzątać auta, misie, lego,
  Gdy on pyta wciąż "dlaczego?"
I tłumaczyć tak bez końca,
czemu razi promień słońca.

Czas zatrzymać choć na chwile,
by nie uciekł w szarym pyle.
 Łapać każdy wspólny dzień,
 towarzyszyć mu jak cień.
Serce podać jak na dłoni,
i miłością go ochronić.




Zawsze zastanawiam się, czy powinnam wrzucać tu moje wiersze i opowiadania. Dziś postanowiłam to zrobić, bo wiersz jest na temat parentingowy tak jak i blog. Bez sensu było dla mnie robić listę potencjalnych prezentów, bo tak naprawdę nic nie potrzebuje. Chciałabym czasem, tylko na chwile... zatrzymać czas, by mój mały synek nigdy nie dorósł, by jego małe rączki zawsze mieściły się w moich dłoniach, a nasza więź przetrwała, każdy bunt.


poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Staś, Jagoda, a może Nicole?

                         Wybór imienia dla dziecka... być może czeka Cię to za kilka miesięcy, jesteś na etapie przeglądania księgi imion lub dopiero planujesz powiększenie rodziny. Bez względu na, to kiedy staniesz przed tym wyborem, mogę zagwarantować jedno, nie będzie tak łatwo, jak się wydaje. Dlaczego?

Najpierw wszyscy będą doradzać i przekonywać, że imię, które oni proponują, jest lepsze, ładniejsze i bardziej dopasowane. Począwszy od rodziny, przez przyjaciół, znajomych aż do przypadkowej starszej pani w przychodni, której śp. mąż miał na imię Zenek i był dobrym człowiekiem. Zdasz sobie też sprawę, jak wiele pozornie zwyczajnych imion, źle Ci się kojarzy, a nawet jeśli nie tobie to twojemu partnerowi. Maciuś to całkiem fajne imię? Jasne, jeśli tylko twojemu lubemu nie kojarzy się z nielubianym ex siostry. Później przeanalizujesz imiona dzieci w bliższej i dalszej rodzinie oraz gronie najbliższych znajomych... i uwierz, nie będziesz chciała nazwać syna Wojtuś, gdy przypomnisz sobie, że syn kuzynki nosi to imię. Tysiąc razy zastanowisz się, czy imię pasuje do nazwiska, by usłyszeć od partnera, że nie nazwie syna Oliwier, Bartek czy Błażej. Gdy już dojdziecie do porozumienia, wcale nie będzie łatwiej, bo jakiego imienia nie wybierzecie, zawsze będzie źle.

Zdecydowaliście się na klasycznego Jana? Nie zdziw się, jeśli usłyszysz, że to obciach i krzywdzisz dziecko. Coś bardziej popularnego? Pewnie dowiesz się, że idziesz za modą, a twoja córka będzie 6 Alicją w klasie. Wybraliście nietypowe imię? To na pewno znaczy, że na siłę chcecie dodać swojemu dziecku wyjątkowości. Zagraniczne imię? Cóż jako matka chłopca o imieniu Dennis wiele razy usłyszałam, że tylko patologia nadaje takie imiona swoim dzieciom.


Cokolwiek będzie się działo, pamiętaj, to WASZ WYBÓR i tylko wasz! Uwierz, jeśli dasz się przekonać do imienia, którego nie jesteś pewna, to będziesz się wkurzać przez resztę życia.

          

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Chcesz być matką? Bądź gotowa na poświęcenie!

Zanim przeczytasz poniższy tekst, włącz swoje poczucie humoru i schowaj hejty do kieszeni.


Matką być... mamą, mamulką, mamusią. To takie poświęcenie... wielkie, największe, ogromne... tyle się zmienia...

Przedstawiam wam 10 rzeczy, które kobieta poświęca na rzecz cudu macierzyństwa.


1. Ciało


O tak... bo ciąża = rozstępy, +30kg, którego nie zgubisz po ciąży, obwisłe cycki, a raczej wymiona... No i plastyka pochwy tez by się przydała.

2. Zdrowie


A tylko spróbuj powiedzieć „ciąża to nie choroba”, a przyszłe matki zjedzą Cię żywcem. Choroba nie no, ale wisisz nad muszlą klozetową bite 3 miesiące, by przez kolejne męczyć się ze zgagą, bólem pleców, opuchniętymi nogami, kaczym chodem, ciężarem brzucha...a i kopanie dziecka jest przyjemne tylko przez chwilę, bo później ukochany potomek z radością wbija ci stopy (i inne części ciała) w żebra, żołądek lub dla odmiany pęcherz.

3. Sen


Wyśpi się zawczasu, albowiem młoda matka nie sypia dobrze, nie jada, a Kawę pija zimna. Niemowlę nie śpi... nigdy... ono je, płacze i robi w pieluchę...

Co grzeczniejsze usypiają na rękach lub bujane w wózku...

4. Pasje


I przepowiadam Ci, że nie wyjdziesz już z koleżankami, nie przeczytasz książki, nie zrobisz makijażu... nie mówiąc o samotności podczas kąpieli lub w toalecie. Twoja pasja będzie dziecko... Kupki, zupki i śpioszki.

5. Partner


Nie ma już miejsca dla faceta w łóżku, bo szanowny dzieć musi spać z tobą. Na film jesteś zbyt zmęczona, a sex... no coś kojarzę... ale co to w ogóle było? Zaproponował wspólne wyjście? Oczywiście tylko spakuje dziecko... bez dziecka? Jak to ma zostać z nianią? Czy ty wiesz, ile może się wydarzyć?

6. Wakacje


Koniec z bezczynnym leżeniem na gorącej plaży popijając kolorowe drinki, koniec ze zwiedzaniem pięknych zabytków. Teraz tylko siedzenie w cieniu na kocyku. Szukając dogodnego miejsca na przygotowanie mlecznej mieszanki, zwiedzanie zjeżdżalni i basenów z kolorowymi kulkami.

7. Ulubione potrawy


McDonald's? Sushi? Tłuściutka kiełbasa z grilla? Stop! Nie wolno! Jeszcze nie urodziłaś, a już lista zakazanego żarełka i napoi jest długa... 9miesiecy i będzie ok? Haha nie ma tak dobrze... karmisz, to wsuwaj gotowane mięsko... tylko pamiętaj nie za dużo przypraw. Masz przedszkolaka... miało być łatwiej... no ale do KFC go chyba nie zabierzesz?

8. Pieniądze.


Dziecko kosztuje... dużo... na tyle dużo, że nie kupisz sobie już butów, spodni czy tuszu do rzęs... 1758 para słodkich bucików dla niechodzącego bobasa to nie opcja, to konieczność!

9. Przyjaźń.


Koleżanki Cię oleją, no większość... będziesz dla nich nudna... Dlaczego? Patrz punkt 4.

10. Zdrowie psychiczne.


Nie da się być matką i mieć równo pod sufitem... poważnie... będziesz robić idiotyczne miny do niemowlaka, 1500 razy w kółko powtarzać „Nie wolno”, „Nie ruszaj” i za chwile". Będziesz wyrywać sobie z głowy włosy, odrabiając prace domowe (za nami pierwsza i serio to jest zło wcielone) po pierwszych trzech latach picia melisy będziesz chciała sięgnąć po coś mocniejszego i to niekoniecznie dla siebie.

Co byście dorzuciły do tego zestawienia?

czwartek, 25 lutego 2016

Rozterki ciężarnej mamy.

To dopiero 18 tydzień ciąży, a już mogę śmiało potwierdzić teorie, że każda ciąża jest inna. Inna nie tylko z medycznego i fizycznego punktu widzenia, ale też z emocjonalnego.
Zacznę od tego, że bardzo chcieliśmy mieć drugie dziecko, staraliśmy się jakiś czas, by później przestać i znów się starać. Niemniej, gdy się udało, byłam bardzo szczęśliwa, nadal jestem, ale wszystko przeżywam inaczej niż w pierwszej ciąży.

Tak samo z utęsknieniem wyczekuje każdego kopniaka, kolejnego usg, słuchania serca, ale podchodzę do tego...jakby mniej uczuciowo... Nie zachwycam się każdym niemowlęcym ubrankiem, nie siedzę z księgą imion, czytając ich znaczenie. Nie mam w głowie wyobrażenia idealnego bobaska przytulonego do moich piersi. Nie czuje tego silnego instynktu macierzyńskiego, który czułam w pierwszej ciąży i tuż po pozytywnym teście ciążowym. Dużo myślę o tym, by dziecko było zdrowe,zastanawiam się, czy to chłopiec, czy dziewczynka i jak praktycznie rozplanować wychowanie dwójki dzieci. Wciąż zastanawiam się, czy decyzja o drugim dziecku była słuszna, czy to odpowiedni czas, różnica wieku między dziećmi. Jak Dennis zaakceptuje rodzeństwo. Myślę o tym, że mój powrót do pracy przesunie się o koleje dwa lata.

Kocham dziecko, które się we mnie rozwija,wiem, że będę je kochała, gdy się urodzi, ale czy będę ja kochała tak samo, jak pierworodnego syna? Czy ta miłość będzie tak samo silna i bezwarunkowa?

Czy drugie dziecko też będzie moim małym ideałem? Nie wiem.

Trochę mi wstyd, że tak właśnie jest. Wydaje mi się, że matka nie powinna mieć uczucia niepewności, powinna być pewna, że będzie kochać dzieci jednakowo, że nie będzie robić różnic, że nie będzie ich porównywać. Dlaczego więc ja niczego nie jestem pewna, tak jak pewna byłam pół roku temu? Czy to moje hormony płatają mi figle? A może powinnam zostać matką jedynaka?

Nie chciałam tutaj o tym pisać, a właściwie chciałam, ale się bałam...bałam się fali krytyki...i oskarżań, że jestem/będę złą matką. Pisząc to nadal mam stracha przed opublikowaniem. Niestety nasze społeczeństwo promuje obraz idealnej matki zawsze cierpliwej, kochającej i dobrej. Przyznanie się do błędów czy obaw jest trochę jak rzucenie się na pożarcie rekinom.

Mimo wszystko napisałam ten post, napisałam i mam zamiar opublikować, bo może nie jestem jedyna? Może nie tylko ja mam takie obawy?

środa, 17 lutego 2016

Czego naprawde mi brak?

                           Pisałam już o tym, co kocham w Anglii(tutaj), pisałam, o ile łatwiej tu się żyje, o tym, że nie rozumiem rodaków mieszkających na wyspach i wciąż narzekających na to, jak tu jest źle. Ten post będzie zupełnie inny i napisze (pewnie dosyć sentymentalnie) czego mi tutaj brakuje i za czym tak bardzo tęsknie.

Najbardziej Brakuje mi mojej najlepszej przyjaciółki, o tak! Nadal mamy cudowny kontakt, rozmawiamy przez Skype, piszemy, dzielimy się radościami i smutkami, ale nie oszukujmy się...TO NIE TO SAMO! Brak mi tej mocnej kawy, którą robił nam jej facet, komentując, że jesteśmy plotkary, brak mi jej wspaniałej córki... Dziś już ma dwie... brak tej bliskości... bosz zabrzmiało dosyć romantycznie.

Brak mi mojej Babuni i jej pysznych obiadów w rozmiarze XXL, Tego, jak wołała na mnie „Oleńka” i traktowała trochę jak dziewczynkę. Spacerów z nią i zakupów na pobliskim ryneczku. Jej komplementów... o tak dla babci zawsze byłam najpiękniejsza :)

Tęsknie za upalnym latem i jeziorami, w których można się kąpać, odkrytymi pływalniami i chyba nawet za tym tłumem tam. Za ciepłymi goframi i zapiekanką pełną surówek. Tęsknie też za piaskownicami w parkach i na placach zabaw, naprawdę mi tego brakuje! Wiem, że Dennis by tam siedział i bawił się koparkami, które zabrałam z domu.

Brakuje mi corocznego Jarmarku Świętojańskiego i tego Bożonarodzeniowego. Poznańskiej starówki i miejsc przywołujących tysiące wspomnień. Tęsknie za spacerami z S. nad wartą, to było i zawsze będzie nasze miejsce, tam zaczynaliśmy... tam poznawaliśmy siebie, tam pierwszy raz powiedział mi kocham".

Brak mi pierogów ze szpinakiem (w UK szukałam ich chyba wszędzie), drożdżówek, pączków i rogali Marcińskich. Truskawek, takich sprzedawanych na kilogramy, nierównych, ale smakujących truskawkami.

Dziś naprawdę brakuje mi wielu rzeczy, zwyczajnych. Tęsknie za smakami dzieciństwa i znanymi mi drogami, ale wiem, że tęsknie, bo jestem tu, wiem, że gdybym wróciła do ojczyzny, tęskniłabym za Anglią, a przez problemy nie potrafiła się cieszyć tym, co w Polsce jest pięknego. Jestem szczęśliwa, cholernie szczęśliwa a tęsknota? Cóż myślę, że po części jest dobra, pozwala pamiętać to, co piękne.

wtorek, 26 stycznia 2016

Strach.

Kilka miesięcy temu byłam niemal pewna, że starach opuści mnie, gdy tylko się uda...no przecież jeśli się udało, to wszystko musi być dobrze tak? Myślałam, że gdy ujrzę 2 różowe kreski na teście ciążowym, to radość zastąpi strach, który nawet w najlepszych chwilach był gdzieś we mnie. Tak też się stało...było niedowierzanie i radość...przez kilka dni.

Później wrócił i nasilał się z każdym ukłuciem w dole brzucha, z każdym kolejnym dniem podsuwał czarne scenariusze, które boleśnie odczuwałam w głowie i sercu. Tłumaczyłam sobie, że będzie dobrze, mdłości są wyraźne, a kolejne testy również dają wynik pozytywny, więc musi być dobrze...tylko ten ból...dziwne kłucie w okolicy jajnika....ale jeszcze chwila, kilka dni ...wizyta u położnej, ona na pewno stwierdzi, że to normalne, a przecież to jej fach...zna się na tym.

Niestety było inaczej, ból nie był"typowy dla zdrowej ciąży. Znów strach, kilkudniowe czekanie na USG i usilne wmawianie samej sobie, że jest dobrze, a na monitorze zobaczę „fasolkę” i bijące serce.

Tak właśnie było. Zobaczyłam piękną pulsującą kropeczkę... radość, szczęście, którego nie da opisać się słowami. Poczułam ulgę...swego rodzaju cichy błogostan...nie trwał on długo, bo zbliżało się USG genetyczne, test PAPP-A i wcale nie bałam się wad genetycznych...choć może trochę...ale w mojej głowie siedziała jedna myśl..." Czy to malutkie serduszko bije tam nadal?

Na badaniu zobaczyłam...zdrowe, duże maleństwo. Już nie "fasolkę", a dzidziusia, który pływał sobie, machając rączkami i nóżkami. Po 13 tygodniu ciąży ryzyko poronień spada do 3%, dlaczego więc ja wciąż się boje? Dlaczego bardziej boje się niż cieszę? Z utęsknieniem wyczekuje regularnych ruchów dziecka, nie dlatego że to cudowne i przyjemne (choć oczywiście tak jest), ale dlatego, że to one dadzą mi świadomość, że życie, które we mnie rośnie, na pewno wciąż tam jest.

Prześladują mnie okropne sny, cesarskie cięcie w 6 miesiącu ciąży, nieudany poród siłami natury, wizja niebijącego serduszka na USG. Cały czas słyszę „Nie myśl o tym”, Nie martw się". Niestety...nie mam na to wpływu, nie mogę i nie chce zapomnieć o tym, że jestem w ciąży. Przepełnia mnie to radością, ale i strachem.

Myślę, że bycie mamą, nieważne czy dziecka nienarodzonego, przedszkolaka, 8 czy 18-latka to jedna wielka plątanina radości, dumy i strachu.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wszystko jest złe!

                       Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że to wszystko, co dla mnie jest normalne, dla innych mam jest złe. Myślę, że ktoś, kto trzyma się swoich przekonań, a nie idzie za swego rodzaju rodzicielską modą, jest w pewien sposób "zjadany" przez grupy nowoczesnych rodziców.
Okazuje się, że cały system, w jakim wychowywali nas rodzice, jest do dupy, bo przecież kto 15 czy 20 lat temu pił butelkowaną wodę mineralną zamiast oranżady za 0,60zł z pobliskiego sklepiku? Ilu z nas było nieszczepionych? Kto nie jadł drożdżówek, racuchów czy chleba z cukrem? Dziś to wszystko jest złe i nieodpowiedzialne, a ja wciąż nie mogę pojąć dlaczego? Ilu z nas już w pierwszych klasach szkoły podstawowej szło samodzielnie do szkoły, wracało z niej z kluczem na szyi i w domu czekało na rodziców? Większość z nas potrafiła zaparzyć herbatę, odgrzać obiad, a nawet ostrugać i ugotować ziemniaki. Dzieci miały szacunek do rodziców i ludzi starszych, znały podstawy kultury. Wiedzieliśmy, że za złe zachowanie spotyka nas kara (nie mówię tu o klapsach!) a za dobre nagroda. Byliśmy szczęśliwi, dobrze wychowani i samodzielni.

Dziś to wszystko jest złe! Matka dająca dziecku do napicia się sok czy nawet herbatę jest linczowana, ojciec kupujący czekoladę to zło wcielone, a w szkołach dzieci piją gorzką herbatę i jedzą nieosolone ziemniaki. Dziecko trzeba odprowadzać i odbierać ze szkoły czasem do 10 r.ż. Nie wolno dzieci karać ani od nich wymagać. To one decydują, kiedy kończą pić mleko z piersi, butelki czy odstawiają smoczek. Nauka samodzielnego zasypiania dziecka to okrucieństwo, a nie bujanie zaburza układ nerwowy.

To nie tak, że kiedyś cukier szkodził mniej, szczepionki były „lepsze” a świat nie był taki okrutny. To nie tak, że nasi rodzice o tym nie wiedzieli i dlatego na wszystko się zgadzali. Zwyczajnie mieli swój rozum. Jednego dnia jedliśmy pyszne naleśniki a drugiego znienawidzony szpinak. Rodzice za wszelką cenę chcieli przyzwyczaić nas do przyszłego, samodzielnego życia w tym nie zawsze przyjaznym świecie, a nie chronić przed wszystkimi niekiedy zamykając w szklanej kuli.

Mnie zastanawia jedno... Co się stanie, gdy dzisiejsze dziecko przestanie nim być i stanie się młodym dorosłym? Jak zareaguje na wszystkie złe strony i pokusy tego świata, gdy przez lata było przed nimi skrupulatnie chronione?

czwartek, 7 stycznia 2016

Rodzic (nie)przyjaciel.

                      Dawno temu, gdy jeszcze nie byłam mamą, ufałam, że nigdy nie podniosę głosu na moje dziecko, nie postawie go do kąta czy nie schowam opakowania z ciastkami tak wysoko, by małe rączki nie mogły dosięgnąć. Chciałam być dla mojego dziecka nie tylko matką, ale też przyjaciółką.

Dziś wiem, że jedno wyklucza drugie. Nie można być przyjacielem i jednocześnie wyznaczać drugiej osobie reguł, karać, nagradzać i wymagać, bo nie na tym przyjaźń polega. Nie można też być rodzicem i opierać wychowania na zasadach przyjaźni, ponieważ matka czy ojciec musi wymagać, ustalać zasady panujące w domu a czasem i karać swoje pociechy. Myślę, że po części to jasne zasady sprawiają, iż dziecko czuje się bezpieczne i chronione, nawet jeśli często buntuje się przeciw tym regułą. Można być dla dziecka wsparciem, opoką, ale nie przyjacielem, bo czy przyjacielowi można wyznaczać godziny snu, czy posiłków?

Wiele ostatni czytam i słucham o tym, że dziecko trzeba traktować na równi z sobą, bo to mały człowiek. Zgadzam się z tym, ale nie do końca. Jasne, dziecko to mały człowiek, mały dorosły ma takie same prawa jak my, ale z racji wieku i lichego doświadczenia nie zawsze wie co, jest dla niego dobre. Dla przykładu, gdyby dzieci były traktowane jak dorośli i mogłyby podejmować samodzielne decyzje, choćby te odnośnie do swojej osoby pewnie zdecydowana większość jadłaby tylko słodycze i niezdrowe przekąski, nie chodziła do szkoły, a do późnej nocy grała w gry na konsolach. Tak więc dziecku trzeba ustalać zasady lub w przypadku dzieci starszych ustalać zasady z nimi, ale to wyklucza przyjaźń między rodzicem a dzieckiem. Teraz myślę to nic złego, bo mimo wszystko bycie rodzice-nieprzyjacielem nie oznacza, że dziecko nie będzie nam ufać i przychodzić do nas z problemami. Można dać dziecku miłość, wsparcie, zaufanie i bezpieczeństwo bez przyjaźni.

No i kolejny dowód na to, że przyjaźń z dzieckiem to nie najlepszy pomysł. Przyjaźń opiera się na bezwzględnej szczerości, zaufaniu oraz uczuciu, że można porozmawiać z bratnią duszą o wszystkim bez zahamowań tak? No to teraz wyobraźcie sobie sytuacje, w której wasz nastoletni syn/córka ze szczegółami opowiada wam o swoim pierwszym razie...niezbyt komfortowe prawda? Albo w drugą stronę, bylibyście w stanie opowiedzieć dzieciom o waszych problemach w małżeństwie? Pewnie większość powie, że nie...

Podsumowując: Dziecko to zawsze jest dziecko, można je kochać i wspierać na milion sposobów, ale chcąc się z nim przyjaźnić, musicie być świadomi, że tracicie status rodzica i odwrotnie...będąc rodzicem, nawet najwspanialszym, nie możecie być przyjacielem.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.