wtorek, 26 stycznia 2016

Strach.

Kilka miesięcy temu byłam niemal pewna, że starach opuści mnie, gdy tylko się uda...no przecież jeśli się udało, to wszystko musi być dobrze tak? Myślałam, że gdy ujrzę 2 różowe kreski na teście ciążowym, to radość zastąpi strach, który nawet w najlepszych chwilach był gdzieś we mnie. Tak też się stało...było niedowierzanie i radość...przez kilka dni.

Później wrócił i nasilał się z każdym ukłuciem w dole brzucha, z każdym kolejnym dniem podsuwał czarne scenariusze, które boleśnie odczuwałam w głowie i sercu. Tłumaczyłam sobie, że będzie dobrze, mdłości są wyraźne, a kolejne testy również dają wynik pozytywny, więc musi być dobrze...tylko ten ból...dziwne kłucie w okolicy jajnika....ale jeszcze chwila, kilka dni ...wizyta u położnej, ona na pewno stwierdzi, że to normalne, a przecież to jej fach...zna się na tym.

Niestety było inaczej, ból nie był"typowy dla zdrowej ciąży. Znów strach, kilkudniowe czekanie na USG i usilne wmawianie samej sobie, że jest dobrze, a na monitorze zobaczę „fasolkę” i bijące serce.

Tak właśnie było. Zobaczyłam piękną pulsującą kropeczkę... radość, szczęście, którego nie da opisać się słowami. Poczułam ulgę...swego rodzaju cichy błogostan...nie trwał on długo, bo zbliżało się USG genetyczne, test PAPP-A i wcale nie bałam się wad genetycznych...choć może trochę...ale w mojej głowie siedziała jedna myśl..." Czy to malutkie serduszko bije tam nadal?

Na badaniu zobaczyłam...zdrowe, duże maleństwo. Już nie "fasolkę", a dzidziusia, który pływał sobie, machając rączkami i nóżkami. Po 13 tygodniu ciąży ryzyko poronień spada do 3%, dlaczego więc ja wciąż się boje? Dlaczego bardziej boje się niż cieszę? Z utęsknieniem wyczekuje regularnych ruchów dziecka, nie dlatego że to cudowne i przyjemne (choć oczywiście tak jest), ale dlatego, że to one dadzą mi świadomość, że życie, które we mnie rośnie, na pewno wciąż tam jest.

Prześladują mnie okropne sny, cesarskie cięcie w 6 miesiącu ciąży, nieudany poród siłami natury, wizja niebijącego serduszka na USG. Cały czas słyszę „Nie myśl o tym”, Nie martw się". Niestety...nie mam na to wpływu, nie mogę i nie chce zapomnieć o tym, że jestem w ciąży. Przepełnia mnie to radością, ale i strachem.

Myślę, że bycie mamą, nieważne czy dziecka nienarodzonego, przedszkolaka, 8 czy 18-latka to jedna wielka plątanina radości, dumy i strachu.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wszystko jest złe!

                       Od dłuższego czasu odnoszę wrażenie, że to wszystko, co dla mnie jest normalne, dla innych mam jest złe. Myślę, że ktoś, kto trzyma się swoich przekonań, a nie idzie za swego rodzaju rodzicielską modą, jest w pewien sposób "zjadany" przez grupy nowoczesnych rodziców.
Okazuje się, że cały system, w jakim wychowywali nas rodzice, jest do dupy, bo przecież kto 15 czy 20 lat temu pił butelkowaną wodę mineralną zamiast oranżady za 0,60zł z pobliskiego sklepiku? Ilu z nas było nieszczepionych? Kto nie jadł drożdżówek, racuchów czy chleba z cukrem? Dziś to wszystko jest złe i nieodpowiedzialne, a ja wciąż nie mogę pojąć dlaczego? Ilu z nas już w pierwszych klasach szkoły podstawowej szło samodzielnie do szkoły, wracało z niej z kluczem na szyi i w domu czekało na rodziców? Większość z nas potrafiła zaparzyć herbatę, odgrzać obiad, a nawet ostrugać i ugotować ziemniaki. Dzieci miały szacunek do rodziców i ludzi starszych, znały podstawy kultury. Wiedzieliśmy, że za złe zachowanie spotyka nas kara (nie mówię tu o klapsach!) a za dobre nagroda. Byliśmy szczęśliwi, dobrze wychowani i samodzielni.

Dziś to wszystko jest złe! Matka dająca dziecku do napicia się sok czy nawet herbatę jest linczowana, ojciec kupujący czekoladę to zło wcielone, a w szkołach dzieci piją gorzką herbatę i jedzą nieosolone ziemniaki. Dziecko trzeba odprowadzać i odbierać ze szkoły czasem do 10 r.ż. Nie wolno dzieci karać ani od nich wymagać. To one decydują, kiedy kończą pić mleko z piersi, butelki czy odstawiają smoczek. Nauka samodzielnego zasypiania dziecka to okrucieństwo, a nie bujanie zaburza układ nerwowy.

To nie tak, że kiedyś cukier szkodził mniej, szczepionki były „lepsze” a świat nie był taki okrutny. To nie tak, że nasi rodzice o tym nie wiedzieli i dlatego na wszystko się zgadzali. Zwyczajnie mieli swój rozum. Jednego dnia jedliśmy pyszne naleśniki a drugiego znienawidzony szpinak. Rodzice za wszelką cenę chcieli przyzwyczaić nas do przyszłego, samodzielnego życia w tym nie zawsze przyjaznym świecie, a nie chronić przed wszystkimi niekiedy zamykając w szklanej kuli.

Mnie zastanawia jedno... Co się stanie, gdy dzisiejsze dziecko przestanie nim być i stanie się młodym dorosłym? Jak zareaguje na wszystkie złe strony i pokusy tego świata, gdy przez lata było przed nimi skrupulatnie chronione?

czwartek, 7 stycznia 2016

Rodzic (nie)przyjaciel.

                      Dawno temu, gdy jeszcze nie byłam mamą, ufałam, że nigdy nie podniosę głosu na moje dziecko, nie postawie go do kąta czy nie schowam opakowania z ciastkami tak wysoko, by małe rączki nie mogły dosięgnąć. Chciałam być dla mojego dziecka nie tylko matką, ale też przyjaciółką.

Dziś wiem, że jedno wyklucza drugie. Nie można być przyjacielem i jednocześnie wyznaczać drugiej osobie reguł, karać, nagradzać i wymagać, bo nie na tym przyjaźń polega. Nie można też być rodzicem i opierać wychowania na zasadach przyjaźni, ponieważ matka czy ojciec musi wymagać, ustalać zasady panujące w domu a czasem i karać swoje pociechy. Myślę, że po części to jasne zasady sprawiają, iż dziecko czuje się bezpieczne i chronione, nawet jeśli często buntuje się przeciw tym regułą. Można być dla dziecka wsparciem, opoką, ale nie przyjacielem, bo czy przyjacielowi można wyznaczać godziny snu, czy posiłków?

Wiele ostatni czytam i słucham o tym, że dziecko trzeba traktować na równi z sobą, bo to mały człowiek. Zgadzam się z tym, ale nie do końca. Jasne, dziecko to mały człowiek, mały dorosły ma takie same prawa jak my, ale z racji wieku i lichego doświadczenia nie zawsze wie co, jest dla niego dobre. Dla przykładu, gdyby dzieci były traktowane jak dorośli i mogłyby podejmować samodzielne decyzje, choćby te odnośnie do swojej osoby pewnie zdecydowana większość jadłaby tylko słodycze i niezdrowe przekąski, nie chodziła do szkoły, a do późnej nocy grała w gry na konsolach. Tak więc dziecku trzeba ustalać zasady lub w przypadku dzieci starszych ustalać zasady z nimi, ale to wyklucza przyjaźń między rodzicem a dzieckiem. Teraz myślę to nic złego, bo mimo wszystko bycie rodzice-nieprzyjacielem nie oznacza, że dziecko nie będzie nam ufać i przychodzić do nas z problemami. Można dać dziecku miłość, wsparcie, zaufanie i bezpieczeństwo bez przyjaźni.

No i kolejny dowód na to, że przyjaźń z dzieckiem to nie najlepszy pomysł. Przyjaźń opiera się na bezwzględnej szczerości, zaufaniu oraz uczuciu, że można porozmawiać z bratnią duszą o wszystkim bez zahamowań tak? No to teraz wyobraźcie sobie sytuacje, w której wasz nastoletni syn/córka ze szczegółami opowiada wam o swoim pierwszym razie...niezbyt komfortowe prawda? Albo w drugą stronę, bylibyście w stanie opowiedzieć dzieciom o waszych problemach w małżeństwie? Pewnie większość powie, że nie...

Podsumowując: Dziecko to zawsze jest dziecko, można je kochać i wspierać na milion sposobów, ale chcąc się z nim przyjaźnić, musicie być świadomi, że tracicie status rodzica i odwrotnie...będąc rodzicem, nawet najwspanialszym, nie możecie być przyjacielem.
Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.