poniedziałek, 6 listopada 2017

Jak ułatwić sobie macierzyństwo?

My kobiety jesteśmy dziwnymi stworzeniami, jak nikt inny dążymy do ideału, doskonale komplikujemy sobie życie, zamiast je ułatwiać. Często nieświadomie rzecz jasna ;)

poniedziałek, 9 października 2017

Polska - kraj kwitnącej lipy, czy ziemia obiecana?

Dwa dni temu wróciliśmy do domu po 10-dniowym pobycie w Polsce, dla mnie była to pierwsza wizyta w kraju od 6 lat? Co myślę i jakie są moje warzenia? Czy w Polsce naprawdę nie ma pracy a „bieda piszczy”, czy może wręcz odwrotnie? A więc kubek z kawą w dłoń i czytajcie.

środa, 16 sierpnia 2017

5 minusów Primary school, czyli czego nie lubię w szkole mojego syna.


Brytyjskie Primary School bardzo różni się od naszych polskich szkół podstawowych. Według mnie mają dużo plusów, jak i minusów. Dziś będzie o minusach, o tym, co bym zmieniła, gdybym oczywiście mogła.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

6 plusów Primary school, czyli co mi się podoba w szkole mojego syna.

Brytyjskie Primary School bardzo różnią się od naszych szkół podstawowych. Według mnie mają wiele plusów, ale też minusów. Dziś będzie o plusach, o tym, co mi się podoba i co uważam za dobre dla dzieci.

wtorek, 11 lipca 2017

Gdy serce chce wracać...

        
Kocham Anglię, serio! Kawałek mojego serca należy właśnie do tego miejsca na ziemi, ale po prawie 6 latach mieszkania tutaj doszłam do etapu, gdzie denerwuje mnie drobnostki, a moja dusza rwie się do powrotu do ojczyzny. To nie jest do końca tak, że tęskni się tylko za ludźmi czy miejscami, jasne tęsknie za przyjaciółmi, których tu nie mam, bo nie ukrywajmy znajomości opierające się na wspólnych spacerach z dziećmi i wpadaniu na kawę to jeszcze nie przyjaźń. Brak mi mojej babci, czy młodszych braci. Poznańskiej starówki przed Bożym narodzeniem, odkrytych pływalni, a nawet piaskownicy na placu zabaw. Dużo gorsza jest jednak tęsknota za czymś bliżej nieokreślonym, może za słuchaniem polskiej mowy dookoła albo tym uczuciem, że jesteśmy w domu.

Naprawdę nie mogę narzekać na życie tu i nie chodzi tylko o względy finansowe, choć one oczywiście są bardzo ważne. Dla mnie Anglia to taki pozytywny kraj, dużo uśmiechniętych ludzi, mówiących „good morning” nieznajomym na ulicy, uśmiechają się nawet pracownicy urzędów, serio nikt nie wygląda jakby, siedział tam za kare. Mój syn ma świetne nauczycielki w szkole, mamy super sąsiadów, mieszkamy w spokojnej okolicy, blisko jeziora, rzeki i community centre, w którym oferują kursy, spotkania i zajęcia dla ludzi w każdej grupie wiekowej. Mamy całkiem fajny dom z ogródkiem gdzie w razie spacerowego „nie chce mi się” mogę siedzieć z dziećmi cały dzień, jednocześnie pilnując gotującej się zupy. Wszystko było fajnie, jeszcze niecałe dwa lata temu mimo przejściowych myśli o powrocie do Polski czułam, że tu zostaniemy.

Jednak od kilku tygodni uporczywie myślę o powrocie do Polski, nie koniecznie do mojego rodzinnego miasta. Marzy mi się raczej mały domek z ogródkiem, cisza i spokój. Teoretycznie wiem, że w Polsce życie jest ciężkie, że powrót to dla nas zaczynanie wszystkiego od początku, nie tylko dla nas, ale też dla naszych dzieci. Pomijając Noemi, która ma tylko rok i pewnie niewielka jeszcze dla niej różnica gdzie jest, ale co z Dennisem? On zna tylko to miejsce, tu ma rodzinę, bo pomijając nas, ma tu dziadków, ciotki i kuzynostwo. Ma tu przyjaciół i szkołę, dla niego tu jest dom, jedyny, jaki zna. Patrząc na to z drugiej strony, w Polsce też miałby to samo, być może jeszcze więcej rodziny i przyjaciół?

Być może mój powrót do pracy byłby łatwiejszy, bo pewnie przymusowy?

Nasuwa się pewnie pytanie „dlaczego nie wrócicie?” Odpowiedź jest prosta, być może to za mało, za mało by wrócić i nie być pewnym, że damy radę żyć, żyć na normalnym poziomie. Nie mam pewności, że znajdziemy pracę, która pozwoli nam utrzymać siebie i dzieci. Nie mam domu, nie mam nawet mieszkania, w którym moglibyśmy zamieszkać, a wrócić i wynajmować? Tego nie zrobię, powodów jest nie mało, ale to już nie na ten wpis. Wrócić, kupić dom na kredyt i jakoś żyć? Nie wiedząc, czy uda się ten kredyt spłacić? Kupić dom i pracując tu go spłacić? Kuszące i realne, ale co później, za te 8-10 lat jak już przyjdzie czas powrotu? Zabrać prawie dorosłe dzieci i wyrwać je z ich świata, bo dla nich to Anglia jest domem, urodzili się tu i tu się wychowują. Podobno Kto nie ryzykuje, nie pije szampana" ale jak zaryzykować dobro rodziny dla swojego szczęścia, które prawdopodobnie będzie krótkotrwałe?

Z utęsknieniem czekam na tegoroczne wakacje w kraju mojego dzieciństwa, tak to odpowiednie określenie, bo wyjeżdżając, miałam niespełna 19 lat. Chce pooddychać Polską przez chwilę, by przekonać się, czy tęsknota dalej będzie mnie męczyć, czy wręcz przeciwnie. Może właśnie tam, stojąc pośrodku znanych mi miejsc, poczuje się obco?








poniedziałek, 10 lipca 2017

Matka i córka.

Gdy zaszłam w drugą ciążę, po cichu liczyłam na drugiego syna. Wychodziłam z założenia, że tak będzie łatwiej, ale przeczucie, że w brzuchu nie siedzi chłopiec, było ze mną od początku ciąży.

Również od początku mała istotka dawała mi w kość. Mdłości, wymioty, utrata wagi, anemia, przedwczesne skurcze, rozwarcie, hipotrofia a na końcu przedwczesny poród. Gdy Noemi przyszła na świat wcale łatwiej nie było, tym bardziej że jest wcześniakiem, późnym i ze stosunkowo niewielkimi problemami, ale jednak.

Moja dziewczynka rosła i było coraz trudniej, mniej spała, więcej płakała, często chorowała, koszmarnie znosiła szczepienia, ciągle chciała być na rękach, nie lubiła jeździć w wózku.

Niedawno skończyła rok, teoretycznie powinno być łatwiej, a ona na zabranie z ręki przedmiotu nie do zabawy reaguje histerią, której może pozazdrościć jej niejeden dwulatek w buncie. Nadal budzi się w nocy co 4 godziny na mleko, wstaje wcześnie i dużo krzyczy. Nie dalej jak wczoraj przeklinałam jej „cudny” charakter, jednocześnie wiedząc, że jest najukochańszym bobasem, jakiego znam (nie zaprzeczam, że piszę to jako jej mama) Ona może godzinami leżeć do mnie przytulona, a zasypiając, trzyma mnie za rękę, tym najsilniejszym uściskiem świata, przerywa zabawę tylko po to, by przyjść po czworakach i położyć głowę na moich kolanach. Karmi mnie obślinionymi chrupkami i potrafi głośno domagać się mojej porcji obiadu, krzycząc "Daj".

Ta mała księżniczka jest zupełnym przeciwieństwem swojego brata, co pozwoliło mi nauczyć się wielu nowych rzeczy i inaczej spojrzeć na macierzyństwo. To ona nauczyła mnie cierpliwości i pokazała, że zachowanie dziecka to nie tylko wynik wychowania, a i charakteru dziecka. Zakochałam się po uszy, już trzeci raz w życiu. Kocham ją z dnia na dzień coraz bardziej, tak samo silnie, jak syna, a jednak zupełnie inaczej.

I choć Dennis to moje oczko w głowie, to z przykrością muszę przyznać, że niewiele mamy wspólnych zainteresowań, dla niego wzorem jest tata, to jak prowadzi auto, kosi trawę czy majsterkuje. Mały od początku lepiej bawił się z tatą, kocha mnie i wiele rzeczy robimy wspólnie, ale to tata jest dla niego NUMBER ONE.

Ja i Noemi jesteśmy nierozłączne, choć czasem doprowadza mnie to do szału.

To taka córeczka mamusi, co wciąż siedzi na maminym kolanie. Chwyciła mnie za serce i nie chce puścić.








czwartek, 25 maja 2017

"czy dziś udało mi się być dobrą mamą?"

          
Czasem liczę do 10, zanim wrócę na górę, by położyć dzieci spać... Zamykam oczy i oddychamy głęboko, żeby nie krzyczeć... Nie zawsze się udaje, podnoszę głos i za moment tego żałuję. Nie lubię czasem swoich dzieci, Dennis wydaje się wtedy wyjątkowo pyskaty, a mała jawi się jako wciąż płaczące dziecko. Mam chwilę, gdy jedyne, o czym myślę to, by wyjść i wrócić za tydzień czy miesiąc... Bywam psychicznie wykończona, bo spędzam 24/7 w ich towarzystwie. Bez kawy pewnie zasnęłabym na stojąco, bo Noemi nie ma zamiaru przesypiać nocy, mimo że zbliżają się jej pierwsze urodziny.

Mimo wszystko są moim niebem... Choć pokruszonym na kawałki. Zbieram je w ciągu całego dnia, te małe okruchy szczęścia, które tak łatwo wypierają z pamięci złe chwilę. Dwa okruchy rano, pierwszy, gdy budzi się Noemi, i śmiejąc się, ciągnie mnie za ucho... albo nos, ewentualnie wkłada mi palec w zamknięte oko. Wstaje Dennis i jak co dnia pyta jak mi się spało... Pyta, bo ja o to pytam, od kiedy tylko zaczął mówić, opowiada, co mu się śniło, próbuję przekonać mnie, że ciastka na śniadanie to dobry pomysł. Kolejne części nieba to każdy przytulas, uśmiech, każde „mama”, które czasem doprowadza do szału, gdy słyszę je milionowy raz. I to, że Noemi zasypia w moich ramionach. Zbieram je tak do wieczora, czasem zupełnie nieświadomie. Wkurzam się milion razy dziennie i idę do sypialni wieczorem, jeszcze nie do końca spokojna. Jeszcze milion razy się zdenerwuje, drugi milion usłyszę „mama”, a później zasną, a ja patrząc na nich, będę analizować czy dziś udało mi się być dobrą mamą i kolejny raz uświadomię sobie, że są moim niebem...





środa, 29 marca 2017

(Nie)Wszystkie matki są takie same.

Jedne karmią piersią, inne podaje mleko modyfikowane od urodzenia. Rodzą siłami natury, wybierają cesarskie cięcie, adoptują dzieci z serca. Czytają poradniki, zdają się na intuicję, słuchają rad mam i teściowych.

Matki są diametralnie różne. Chyba nie znam dwóch z identycznym podejściem do wychowania dzieci.

Jedne są fit, pracują, biegają na siłownię, mają doklejane rzęsy i zawsze nienaganny makijaż. Inne chodzą w dresie i kucyku, poświęcają się dzieciom w 100%, godzinami spacerując i siedząc w piaskownicy.

Część publikuje setki zdjęć pociech w internecie, reszta tego unika, a czasem przestrzega przed tym innych.

Tak więc, jak wyżej pisałam, jesteśmy bardzo różne, ale jest coś, co nas łączy, coś bardzo ważnego.


WSZYSTKIE CHCEMY DOBRA NASZYCH DZIECI!!!


Dlatego tak przykro jest patrzeć, gdy matki jedna przez drugą wzywają się w internecie, bo jedna daje parówki a inna tylko eko warzywa. Jest lincz na śpiące z dziećmi i te, które stosują naukę samodzielnego zasypiania. Na te, które szukają rady na grupach i te, które rad nie chcą.

Tylko po co? Po co dołować inne mamy? Jaki jest sens w mówieniu (a raczej wmawianiu) komuś, że jest złym rodzicem, że krzywdzi swoje dziecko?

Myślę, że część tych mam pewnie chce dobrze, inne chcą dobrze...dla siebie.

Ja rzadko się przejmuje i robię to, co uważam za słuszne, gdy mam poważniejsze obawy raczej pytam specjalisty niż internetu, ale mam serce i uczucia i gdy ktoś po raz kolejny wmawia mi, że jestem nieodpowiedzialna, bo np. młody jeździ w foteliku na przednim siedzeniu, zwyczajnie jestem zła lub jest mi przykro.

Nie każda kobieta jest jak ja, nie każda mama ma tę pewność siebie (ja kiedyś też jej nie miałam) i zdarza się, że mamy karmią piersią wbrew sobie, bo tak trzeba". Pochłaniają książkę za książką zatratracąjac swój instynkt. Trzymają się sztywno reguł, nie swoich a narzuconych przez inne matki.

Może by tak dla odmiany być miłą? Sugerować, zamiast narzucać? Dowartościować, zamiast dołować?

Wbrew pozorom to nie takie trudne ;)

wtorek, 21 marca 2017

Znałam kiedyś dziewczynkę uwięzioną w ciele kobiety.

           Znałam kiedyś dziewczynkę, dziewczynkę zamkniętą w ciele dorosłej kobiety. Miałam kilka do kilkunastu lat, gdy mieszkała na podwórzu obok. Była duża i otyła, a jej twarz miała specyficzny wygląd. Gdy miałam 6 czy 7 lat czasem bawiłam się z nią i nie do końca wiedziałam, dlaczego starsze dzieciaki z podwórka wyśmiewają dziewczynę. Owszem ubierała się inaczej, była otyła, ale chciała się z nami bawić, była miła, nikomu nie wadziła. Gdzieś tam podświadomie czułam, że jest inna. Była niewiele młodsza od mojej mamy, nie pracowała, nie miała męża, dzieci. Wciąż mieszkała z rodzicami i rysowała obrazki całkiem podobne do moich.

Im byłam starsza tym więcej rozumiałam, wiedziałam, że jest chora, ale 15 lat temu mało kto uświadamiał dzieci czym jest Zespół Downa. Kiedy zapytałam mamy jak to jest, że ona jest dorosła a jednak zachowuje się jak dziecko. Później już wiedziałam, że ona jest trochę jak Piotruś Pan i nie dorośnie nigdy, choć będzie się starzeć. Nie będę kłamać i wybielać siebie mówiąc, że nigdy się z niej nie śmiałam, zdarzało się. Nie raz. Wiem, to złe i przykre, ale chyba nie do końca rozumiałam co jej jest. Dziś też nie jestem ekspertem od tej choroby, ale wiem, że śmiać się nie wolno, że inny nie znaczy gorszy a wyjątkowy.

Z czasem wyprowadziłam się z tamtej ulicy, dzielnicy, w inną część miasta. Czasem zdarzyło mi się spotkać mamę tej dziewczynki. Widziałam, że jeździ do specjalnego ośrodka, bo starzejąca się matka nie ma sił się nią zajmować.

Zastanawiałam się co się z nią stanie, gdy rodzicom skończą się dni. Tak zwyczajnie.

Późnej wyjechałam setki kilometrów od tamtego miejsca i nie wiem co dalej. Ta historia nie ma końca, a może po prostu ja go nie znam?

Ten post niczego nie uczy, w niczym nie pomaga, nie uświadamia czym jest Zespół Downa. To tylko historia, którą chciałam opublikować a dzisiejszy dzień jest na to idealny.


piątek, 13 stycznia 2017

Mogłabym...

          Mogłabym jęczeć, że żyje z dala od ojczyzny, przyjaciół, rodziców, babci. Marudzić, że w Anglii lato kiepskie, a i zimą śniegu nie ma. Psioczyć na lekarzy, którzy zbyt często zalecają paracetamol. Na Anglików, deszcz i niedobry chleb.

Mogłabym narzekać, że córkę urodziłam przedwcześnie, że płaczliwa jest, nie śpi po nocach. Na jej alergie i to, że nie rozwija się tak szybko, jak inne dzieci. Mogłabym biadolić, że syn astmę ma, i mówi niewyraźnie, polski kaleczy, pyskuje czasem, dokazuje często, buntuje się i pokazuje język.

Mogłabym płakać na forach, że facet nową konsolę kupił, gadać, że to dzieciak jest. Żalić się, że mało czyta, w domu chodzi w dresach i nie goli się co drugi dzień. Zazdrościć dziewczyną co kwiaty co tydzień dostają tak bez okazji.

Mogłabym skarżyć się, że jestem kurą domową (bo jestem), że bałagan w domu wiecznie, i prania na miesiąc w przód. Zrzędzić, że blog nie jest popularny, weny mało, a szycie nie jest tak proste, jakby się wydawało.

MOGŁABYM... i czasem to robię, bo jestem człowiekiem, takim jak każdy, ale każdego dnia jestem szczęśliwa.

Szczęśliwa, bo mam dobre życie, mam gdzie mieszkać, co zjeść, za co kupić ubrania. Mam telefon i komunikator dzięki, którym mogę zadzwonić do bliskich, pomachać im do głupawej mini kamerki.

I cieszę się każdego dnia, że moja mała córeczka, przyszła na świat pełna siły, że nie musiała leżeć z dala ode mnie ogrzewana w inkubatorze zamiast moim ciepłem. Radość mnie przepełnia, że ataku astmy młody nie miał od 2 lat, że gada jak katarynka, mieszając polski z angielskim, choć czasem z uśmiechem na ustach mam tego serdecznie dość. A no pyskuje mi czasem syn i próbuje go jak najlepiej wychować jednocześnie wiedzą, że on sobie poradzi, że nie da sobie w kaszę dmuchać.

A facet jak to facet, nieidealny jest, ale nie pije, nie włóczy się z kumplami, pijąc piwo za piwem. I może gra w te swoje gry, ale przytula, kocha, rozmawia, JEST! I ojciec z niego całkiem fajny, syn świata poza tatą nie widzi, mała na jego widok, aż kwiczy z radości. A no kwiatów nie dostaje, ale maszynę kupił „mikołaj”.

Wraca ze sklepu z chipsami, żelkami czy ulubionym sokiem, choć słowem nie powiedziałam, że chce. I ma te swoje dresy niech sobie w nich siedzi przy konsoli. I łapie mnie w talii mówiąc, że jestem piękną, w legginsach, kucyku i cieniach pod oczami. Cieszę się, że jest, Mam partnera, przyjaciela, mam z kim dzielić życie radości i smutki.

I wcale nie jest mi przykro, że „siedzę” w domu z dziećmi.
Choć nie raz słuchałam jak to źle nie pracować, bo jak to tak można być na utrzymaniu faceta, ale nic mi nie ucieka. Łapie w serce te szkolne piosenki, głośne śmiechy dzieci.

przytulasy syna, a i niemowlęce wymiociny się zdarzają. A blog niepopularny jest i taki pewnie zostanie. Nie ma siły przebicia, trudno. Ktoś zagląda, ktoś czyta, lajkuje. A i nowy uszytek ktoś pochwali, o wiersz poprosi wzruszający, opowie swoją historię. I chęć wraca, serce rośnie...

TAKA ZE MNIE OPTYMISTKA :)






Szablon stworzony z przez Blokotka. Wszelkie prawa zastrzeżone.